niedziela, 30 marca 2014

Chapter 15 { You're my whole world }

Crawford niechętnie otworzyła powieki, powoli rozglądając się dokoła. Uśmiech momentalnie pojawił się na je twarzy, kiedy dostrzegła obok śpiącego szatyna, wtulonego w jej pierś. Chłopak mruczał coś niezrozumiałego pod nosem, co jakiś czas się uśmiechając i wzmacniając uścisk. Jego nogi były splecione z nogami brązowookiej, a prawa ręka szczelnie obejmowała jej ciało. Można wręcz powiedzieć, że chłopak owinął się wokoło niej niczym bluszcz i mimo, że Kimberly czuła jak fala gorąca powoli ją uderza, nie miała serca go budzić, a była pewna, że choćby najmniejszy ruch z jej strony to spowoduje. Na dodatek było dość wcześniej, a ta wiedziała, że ukochanemu przyda się jeszcze trochę snu.
Nagle Brewer przekręcił się na prawy bok, a blondynka błyskawicznie wyskoczyła z łóżka, zanim ten zdążył wrócić do poprzedniej pozycji. Chwyciwszy ubrania, ruszyła do łazienki by wziąć szybki prysznic, który postawił ją na nogi. Czysta, wsunęła proste bordowe spodenki i narzuciła na to dłuższą szarą bluzkę na ramiączkach, która prawie zakrywała dolną część garderoby, jednocześnie jeszcze bardziej eksponując długie, szczupłe nogi dziewczyny. Żeby ożywić strój dodała sporo srebrnej biżuterii, stawiając na drobne i cienkie bransoletki. Przy pomocy tuszu do rzęs i kilu cieni w zbliżonych kolorach do jej skóry, zrobiła makijaż, a włosy podkręciła delikatnie lokówką i pozwoliła im swobodnie opadać, spinając tylko górę w wodospad. Na sam koniec założyła bordowe, krótkie conversy i duże okrągłe okulary, które dodały charakteru i dopełniły strój.
Gotowa, po cichu opuściła pokój i ruszyła w stronę stołówki by wziąć śniadanie i zjeść z Jack'iem w pokoju. Mimo, że, od kiedy tu przyjechała, poziom jej pewności siebie, zdecydowanie poszedł w górę, najlepiej czuła się, kiedy była sama z szatynem. Wiedziała, że w tedy nie musi nikogo udawać, może być sobą. Zwykłą dziewczyną, która ma zarówno wady jak i zalety, która popełnia błędy i jest tego świadoma. Która nienawidzi tego miejsca, jednak nie ma zamiaru opuścić go i zostawić innych. Mogła być po prostu Kimberly Crawford.
Na jej szczęście stołówka była jeszcze pusta, co było dość oczywiste zważając, że była 5. 40. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i chwyciwszy czerwoną tackę, dokładnie zaczęła się przyglądać potrawą, które w równym rządku leżały poukładane w barku samoobsługowym. Dla siebie zabrała naleśnika z owocami i mrożoną kawę. Następnie zabrała się za talerz ukochanego... Na co Jack miał by ochotę? W tym momencie dotarło do niej, że nie wie. Nie wie, jakie jest jego ulubione danie, czy woli kawę czy herbatę, a co najważniejsze nie wie nic o jego przeszłości.  Można powiedzieć, że on jest jej obcy. Nie mogła jednak wrócić bez niczego. Wzięła, więc to samo, co dla siebie oraz kilka dodatkowych potraw na wypadek, gdyby nie przepadał za naleśnikami z owocami i ruszyła do pokoju.
 - No proszę... Kim, jak nie miło cię widzieć- warknęła Bley, nagle wyłaniając się zza zakrętu i uśmiechając się krzywo do Crawford. Brunetka miała na sobie, krótkie zielone spodnie z wysokim stanem i krótki czarny gorset. Całość może i nie wyglądałaby tak źle gdyby nie wzorki, które nie dodawały uroku dolnej partii stroju i dodatki, których było spora za dużo. Blondynka była prawie pewna, że gdyby ciemnooka stanęła w lepszym świetle, wyglądałaby niczym kula disco.
- Czego chcesz Nicki? Nie mam czasu, a co najważniejsze ochoty by z tobą rozmawiać- mruknęła, opierając ciężar ciała na jednej nodze i niechętnie spoglądając na dziewczynę, która skrzyżowała ręce na piersiach i oglądała się dookoła.
- Odwal się od Jack'a!- warknęła, kiedy jej ręce zacisnęły się w pięści- On jest mój. Kocha mnie!- krzyknęła pewna siebie
- Przykro mi Nicki, ale nie zrezygnuje z niego. Odpuść sobie- powiedziała stanowczo Kimberly i nie chcąc kontynuować dłużej tej rozmowy, postawiła pierwszy krok
- Nie myśl, że uciekniesz!- zaprotestowała szybko Bley, zasłaniając brązowookiej ręką drogą- Prawda jest taka, że nawet go nie znasz. Nie masz pojęcia, dlaczego się tu nalazł, jaki był kiedyś... Nie wiesz nawet jak nazywa się jego najlepszy przyjaciel- wrzasnęła- A ja wiem... Wiem też, że świetnie całuje i że...- szepnęła, przejeżdżając palcem po ramieniu Crawford.
- Nie interesuje mnie, co o nim wiesz, a czego nie!- warknęła, kiedy rozgoryczenie i złość powoli zaczęły płynąć w jej żyłach- Kocham go i nie interesuje mnie to, co robił z tobą, a czego nie robił! Dla mnie jest ważna przyszłość, nasza przyszłość- dodała, podkreślając ostatnie słowa i szybko odchodząc. W jej oczach zebrały się pojedyncze łzy. Nie powinna płakać, przecież nic tak naprawdę się nie stało, a jednak bolało. Nie podobało jej się, że Jack kiedykolwiek był z tą dziewczyną, jednak nie mogła tego zmienić. Najgorsze było jednak to, że ona miała rację. Jack jest jej prawie obcy, a Bley go kocha... Co jeżeli jego uczucia do niej też jeszcze gdzieś głęboko istnieją?
Kiedy Kimberly weszła do pokoju szatyna nigdzie nie było. Łóżko było pościelone, jej piżama poskładana, a budzik wyłączony.
- Gdzie byłaś? Martwiłem się- melodyjny głos, nagle zabrzmiał w jej uszach, a ciepłe dłonie objęły talie, delikatnie przytulając do swojego ciała. Brewer nie miał na sobie koszulki, a jego skóra intensywnie pachniała jaśminowym żelem pod prysznic.
- Pomyślałam, że możemy zjeść razem śniadanie- rzuciła, wskazując na czerwoną tackę pełną ciepłego jedzenia. Szybko zamrugała kilkukrotnie by pozbyć się zbędnych łez i odkładając posiłek na stolik, mocno przytuliła ukochanego- Kocham cię- szepnęła, składając delikatny pocałunek na jego torsie i chowając głowę w obojczyku.
- Ja ciebie też- odpowiedział, podnosząc ją i kładąc na łóżku. Zajął miejsce obok i podawszy jej swoją porcję, zabrał się za swojego naleśnika.
- Jack opowiesz mi coś o sobie?- poprosiła Crawford, przerywając ciszę panującą w pomieszczeniu. Dziewczyna musiała wiedzieć. Nie koniecznie wszystko, ale przynajmniej to, co ważne dla niego i dla niej- Ty wiesz o mnie tak wiele, a ja tak naprawdę cię nie znam... Mam wrażenie, że jesteś mi obcy- wymamrotała, spuszczając wzrok na splecione dłonie i czekając na jego ruch.
- Nie mów tak- zaprotestował, łapiąc jej rękę- Nie ma, co mówić. Ostatnie lata spędziłem tutaj, a obydwoje wiemy, że nie chcesz słuchać ile osób zabiłem- westchnął, biorąc łyka ciepłego napoju.
- Mogę zrobić wyjątek. Cokolwiek jest lepsze niż niewiedza Jack...- szepnęła, a po jej policzku spłynęła samotna łza

- Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?.. Co jest ze mną nie tak, że nie chcesz się przede mną otworzyć?..- pisnęła, kiedy słowa Nicki jeszcze bardziej ją dotknęły. Może miała racje?... Może on jej nie kocha?
- Nie, Kim! To nie tak!- krzyknął, momentalnie znajdując się obok niej i mocno przytulając- Po prostu nie lubię o tym mówić... To dużo mnie kosztuje. Moje życie runęło w gruzach, kiedy dowiedziałem się, że muszę się to przenieść i długo zajęło mi przystosowanie się do tego wszystkiego... To nie są miłe rozmowy, nie powinnaś tego słuchać- wyjaśnił pośpiesznie, całując jej czoło i ścierając pojedyncze łzy, które pojawiły się na policzkach.
- Jack proszę... Nie musisz mówić wszystkiego. Wystarczy jedna mała rzecz każdego dnia... Powoli, ale ja muszę wiedzieć... Nie mogę żyć w kłamstwie... Nie, jeżeli chcesz, żeby nam się udało- wymamrotała, ujmując jego twarz w dłonie. W jego oczach było widać strach, smutek i troskę. Kimberly wiedziała, że nie może na niego naciskać, gdyż przeszłość najwidoczniej nie należała do jego ulubionych tematów, ale nie miała wyjścia... Musiała
- Dobrze... Tylko nie płacz już... Kocham cię pamiętaj o tym- powiedział, podnosząc jej podbródek i składając namiętny pocałunek na jej ustach. Zależało mu na niej, na nich i był gotowy zrobić wszystko by utrzymać ją przy sobie. Nawet, jeżeli oznaczało to spotkanie z jego demonami- A teraz jedz, bo czeka nas trening!

***

- Hej Kim... Jack- przywitał się przyjaźnie Christian, przytulając blondynkę i wyciągając z tylnej kieszeni spodni poskładaną kartkę- Dobra. Dokładnie przejrzałem wszystkie filmy i uważam, że powinnaś popracować nad władaniem nożem czy maczetą- zaproponował, podając jej niewielki nóż z skórzaną rączką- Co ty na to?
- Mogę spróbować, ale nie jestem przekonana, co do walki z bronią... Wolę łuk- westchnęła, spoglądając na przyjaciela, po czym przenosząc wzrok na ostrze. Nie to nie było dla niej! Zbliżyć się do przeciwnika i zaatakować go czymś tak zwyczajnym jak nóż... Nie wytrzymała by tego, nie potrafiłaby tego zrobić, będąc tak blisko. Może właśnie, dlatego wolała strzały? Nie musiała widzieć oczu swojego przeciwnika, kiedy pocisk odebrał mu życie.
- Nie musisz tego lubić, a znać- powiedział fachowo, uśmiechając się przy tym by ocieplić sytuacje- Jak chcesz to mogę ci pokazać, co i jak- zaproponował, wkładając ręce do kieszeni
- Nie trzeba. Ja ją nauczę!- warknął Jack i ujmując dłoń brązowookiej szybko ruszył w stronę odpowiedniego stanowiska. Szatyn jeszcze nigdy nie musiał sobie radzić z tak okropnym i uciążliwym uczuciem jak zazdrość. Miał wrażenie, że to coś niszczy go od środka i powoduje, że ma ochotę pozbyć się wszystkich, którzy tylko spojrzą na jego ukochaną.
- Coś się stało?- spytała Crawford, ujmując twarz Brewera w swoje dłonie i spoglądając w jego oczy, w których szalało pełno iskierek miłości połączonej z wrogością- Jack obiecałeś, że nie będziesz się przede mną zamykał- szepnęła, delikatnie nim potrząsając.
-Nie lubię go... Definitywnie mu się podobasz- syknął, zaciskając ręce w pięści.
- Kochanie ile razy mam ci jeszcze mówić, że dla mnie liczysz się tylko ty!- westchnęła, zawieszając ręce na jego szyi i przejeżdżając swoim noskiem po jego- Nie Christian, nie inny boski facet, tylko ty Jack- zapewniła, składając delikatny jak piórko pocałunek na jego ustach.
- Chce, żeby twój świat zaczynał się i kończył na mnie... Przynajmniej ja tak mam, jeżeli chodzi o ciebie- wymamrotał, jakby przytłoczony i zawstydzony swoimi słowami. Crawford uśmiechnęła się szeroko, wiedząc, że jego słowa są szczere, że on ją naprawdę kocha. Wszystkie wątpliwości, jakie miała, co do tego zniknęły, a ona przestała się kontrolować.  Nie zwracając uwagi na miejsce, w którym się znajdują, czy ludzi, którzy ich otaczają, przyciągnęła jego usta do swoich, delikatnie ciągnąć kosmyki jego jedwabistych włosów. 


Pragnęła go, więc kiedy ten zaskoczony rozchylił usta by nabrać powietrza, ta momentalnie przejęła kontrolę nad pocałunkiem. Z wielką miłością zaczęła pieścić jego podniebienie, na co ten przycisnął jej ciało do swoje, dzięki czemu dzieliły ich tylko zbędne warstwy ubrań. Pożądanie powoli zaczęło płynąć w ich żyłach, wywołując przyjemne dreszcze na całym ciele, a wydarzenia z rana odeszły w niepamięć.
 Dziewczyna oderwała się od ukochanego spoglądając w jego oczy i przygryzając dolną wargę.
- Nie rób tak- upomniał ją Brewer, delikatnie ciągnąć za jej brodę- Wyglądasz wtedy strasznie pociągająco i mogę się nie powstrzymać, żeby się na ciebie rzucić, a ty są inni ludzie- zamruczał, szybko całując jej usta i ustawiając ją przodem do tarcz.
- W takim razie muszę to robić częściej- zachichotała, kiedy szatyn objął ją w pasie i musnął szyję, obojczyk, ucho. Mimowolnie zamknęła oczy, poddając się słodkim torturom.
- Mocno kusisz, ale musimy wracać do treningu- szepnął, wyciągając z kieszeni jej spodni niewielki nóż. Brązowooka wydęła usta w niezadowoleniu i proteście, na co ten posłał jej swój zniewalający, rozbrajający kobiety uśmiech- Dokończymy wieczorem- obiecał. Crawford szybko chwyciła broń i pozwalając prowadzić swoją rękę Jack'owi, wykonała pierwszy rzut, trafiając w prawie ramię mężczyzny widniejącego na papierze. Uśmiechnęła się i chwyciwszy tym razem mniejszy nóż, przymierzając się do kolejnej próby.
Jedynym problemem były ręce ukochanego, które ciągle spoczywały na jej talii, strasznie ją rozpraszając. Wiedziała jednak, że ten robi to specjalnie, dlatego starała się udawać, że nie ma z tym problemu, wykonując rzut, za rzutem.

***

- Panno Crawford, Panno Bley poproszę do mnie!- krzyknął wysoki mężczyzna, o ciemnych włosach i zaroście na twarzy. Już z daleka można było powiedzieć, że do najmilszych nie należy, jednak blondynka uśmiechnęła się sie delikatnie w nadziei, że ten też zmięknie- Pomyślałem, że wy dwie będziecie idealne do tego zadania- poinformował, wpisując ich nazwiska do komputera i uruchamiając szklane pomieszczenie.
- Wiem pan, bo ja...- zaczęła Crawford, ale wystarczyło jedno spojrzenie mężczyzny żeby ucichła- Czemu siedzisz cicho? Zrób coś z tym!- warknęła jej podświadomość, jednak ta postanowiła to zignorować. Nie mogła narobić sobie jeszcze więcej wrogów. Spojrzała szybko na Jack'a, który podniósł dwa kciuki do góry i posłał jej jeden ze swoich zabójczych uśmiechów.... Nie, od kiedy chodzi tu już nie tylko o nią- Bardzo chciałabym wzięć w tym udział- rzuciła pośpiesznie, idąc w wyznaczone jej miejsce
- To będzie świetna zabawa Crawford- syknęła Nicki, a jej oczy, aż zaświeciły z zachwytu. Brązowooka przełknęła głośno ślinę i odruchowo sprawdziła, czy w tylnej kieszeni jej spodni nadal znajduje się nóż. Nie bała się brunetki, jednak w tym momencie, kiedy wszyscy się na nią patrzyli nie była pewna czy da radę dalej grać twardą i nie miłą dla niej... W końcu ona i Jack byli przyjaciółmi i mimo, że jej się to nie podobało, nie mogła prosić go oto żeby urwał tą znajomość. Nie miała takiego prawa.
- Waszym zadaniem jest trafiać w różne tarcze, które będą się przed wami pojawiać- zawiadomił mężczyzna, a dźwięk jego głosu rozniósł się po pomieszczeniu niczym echo- Będzie to od was wymagać też sporo ruchu, gdyż cel nie będzie stać w miejscu... Aha, bronie macie po boku. Są one z gumy, więc nie musicie się martwić- dodał rzeczowo i naciskając kilka kolorowych guziczków, włączył starcie.
Kimberly zaczerpnęła powietrza i chwyciwszy pierwszy gumowy pocisk rzuciła nim prosto do celu, a przy jej nazwisku pojawiło się dziesięć punktów. Uradowana dziewczyna spojrzała na Bley, która tylko posłała jej mordercze spojrzenie, po czym uśmiechnęła się do Jack'a i wykonała swój ruch, zdobywając 30 punktów...
- To nie będzie proste- westchnęła brązowooka, szybko chwytając dwa specjalne noże i rzucając nimi w tarcze. Punkty wzrosły i blondynka ponownie prowadziła. Była jednak zbyt spięta. Zamknęła, więc oczy i siłą wyobraźni, sprawiła, że przyjemne uczucie rąk szatyna na jej talii wróciło. Jej ręce przestały się trząść, a serce odzyskało miarowy rytm. Crawford bez zastanowienia chwyciła kolejne pociski i chowając kilka do kieszeni ruszyła biegiem, za oddalającymi się tarczami. Czasami sama się zastanawiała, jak to możliwe, że w zwykłym małym pomieszczeniu dzieje się tak wiele, jedna w tym momencie nie miała na to czasu. Kiedy dogoniła swój pierwszy cel, wystarczył jeden celny rzut, by zielona tarcza z hukiem wylądowała na ziemi. Kimberly nie posiadała sie z radości. Wygrana zmieniła swoje znaczenie. Nie chodziło tu już o zwykły tytuł, lecz o podziw w oczach Brewer'a... Dziewczyna nie mogła tego stracić! Nie teraz, nie po takim dniu jak dzisiaj.
Szybki skręt, salto i strzał. Punkty rosły, a koniec był już coraz bliżej. Nagle obok brązowookiej pojawiła się Nicki, która z niewiadomo, jakich powodów, w ogóle nie walczyła. Wydawałoby się, że wręcz zależało jej na przegranej. Brunetka uśmiechnęła się cierpko i odrobinę zwolniła. Crawford nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Do wyjścia zostało już tak niewiele, musiała jedynie pokonać ostatnią tarczę. Srebrną, otoczoną ostrymi kolcami. Wyglądała naprawdę na drogą i na pewno nie był to hologram, czy inny komputerowy obrazek rzucony na szklaną powierzchnie.
Kimberly wyciągnęła ostatni gumowy nóż i kiedy zbliżyła się odpowiednio blisko rzuciła, trafiając prosto w środek. Pod jej nazwiskiem pojawiło się jeszcze więcej punktów oraz wilki napis WINNER. Blondynka uśmiechnęła się się i ruszyła w stronę wyjścia, kiedy nad jej głową przeleciał złoty pocisk, przecinając linę trzymającą zębatą tarcze. Wielkie koło zaczęło spadać, a blondynka nie umiała się ruszyć. Jej noga utknęła w jakiejś linie, czy czyś na kształt podobnym do tego.
- Kim!- w pomieszczeniu rozległ się paniczny krzyk, po czym ciężkie ciało przygniotło jej- Maleńka... - ręce Jacka, przebiegły po jej talii, ramionach, twarzy, jakby chłopak chciał się upewnić, że ona naprawdę tu jest- Jezu!- Brewer mocno ją do siebie przytulił, przy okazji delikatnie muskając jej usta- Nicki!!- warknęła, szybkim ruchem poderwawszy się na nogi, podnosząc ukochaną ze sobą. Odstawił ją na ziemie i spojrzał na brunetkę, która stała wpatrzona w nich, z wyraźnym niezadowoleniem malującym się na twarzy- Kurwa! Co ty wyrabiasz?! Prawie ją zabiłaś!- wrzasnął, a ton jego głosu mroził krew w żyłach. Blondynka wiedziała, że jej kochany, słodki Jack znikł... Pojawił się bardzo, bardzo zły Brewer.
- Nie prawda! - zaprzeczyła, jednak nie było już w niej tej pewności siebie, co zawsze- To było przez przypadek... Nie trafiłam- szepnęła, spuszczając głowę. Było jej przykro? Nie raczej nie... Można to było nazwać słabością do tego chłopaka. Tak, zdecydowanie o to chodziło.
- Nie trafiłaś!? Nie trafiłaś?!- krzyknął, przeczesując ręką z frustracji włosy- Mogłaś podziurawić, Kim jak ser i tylko tyle masz do powiedzenia?!- już nie podnosił tonu, a mimo wszystko dalej było go dobrze słuchać. Jego oczy świeciły się od złości, która opanowała jego ciało. Miał napięte wszystkie mięśnie, a ręce zaciśnięte w pięści.
- Przepraszam Jack- pisnęła.
- Co mi z twoich przeprosin do cholery!? Mogłaś zabrać wszystko, co kocham i nie myśl, że zasrane przepraszam załatwi sprawę!- oświadczył, odwracając się i obejmując ukochaną ramieniem- Tym razem to za wiele Nicki- dodał i biorąc brązowooką na ręce, pośpiesznie opuścił salę treningową.

***

Po odświeżającym prysznic dziewczyna, powolnym krokiem wróciła do pokoju i położyła się na łóżku, wtulając głowę w tors szatyna. Nagle dopadło ją wielkiego zmęczenie, a oczy wręcz same się zamykały. Miarowy rytm serca Jack'a uspokoił ją, a ręka gładząca długie włosy, sprawiała dużo przyjemności.
- Tak się o ciebie bałem- westchnął chłopak, składając delikatny pocałunek na jej czole i mocno przytulając jej kruche ciało- Nie wiem co bym zrobił gdyby... - wskazujący palec Crawford pojawił się na jego ustach, skutecznie go uciszając.
- Nic mi nie jest- zapewniła, spoglądając w jego brązowe oczy, w których ciągle można było dostrzec strach- Śpij już- poprosiła, kładąc głowę na poduszce i pozwalając mu wtulić głowę w jej piersi.
- Kocham cie Kimi- powiedział, na co blondynka delikatnie się uśmiechnęła
- Ja ciebie też Jack.. Ja ciebie też- wymamrotała, zamykając oczy i odpływając w objęcia Morfeusza.

Co mogę powiedzieć o rozdziale...
Pisało mi się go zaskakująco łatwo i może dlatego wyszedł dłuższy niż zwykle :)
Opinie pozostawiam wam 
Co do Nicki, to nie martwcie się... Ona jeszcze nie wykorzystała całego swojego czasu 
Aham... Jeszcze sporo ma do zrobienia :D
Chciałabym zaprosić wszystkich chętnych na Big girls don't cry, gdzie obecnie trwają poszukiwania nowej współpisarki. 
Kocham was 
Emi<3 



wtorek, 25 marca 2014

Chapter 14 { Love is love }

Blondynka powoli otworzyła zaspane oczy i z uśmiechem na ustach, spojrzała na przystojnego szatyna, wtulonego w jej klatkę piersiową. Chłopak wydawał się być szczęśliwy, a jego podniesione kąciki ustne, jeszcze bardziej utwierdziły to przekonanie w Kimberly, która zaczęła przeczesywać palcami jego puszyste włosy. Tak bardzo go kochała i mimo, że jeszcze wczoraj wydawało jej się, że taka sytuacja jest wręcz niemożliwa, teraz nie wyobrażała sobie bez tego życia.  
- Dzień dobry- melodyjny głos, wyrwał ją z rozmyśleń, a hipnotyzująca czekolada porwała w świat miłości. Brewer delikatnie podniósł głowę, by w spokoju móc przyglądać się pięknym rysom ukochanej, która nawet bez makijażu, wyglądała olśniewająco. Złożył delikatny pocałunek na jej szyi, z radością wsłuchując się w rozkoszny jęk Crawford, która już sekundę później siedziała na nim okrakiem, zatapiając swoje usta w jego. Oboje nie potrafili się sobą nasycić. Mimo tak długiej znajomości, praktycznie nic o sobie nie wiedzieli. Każda chwila spędzona z ukochaną osobą pozwalała im odkryć coś nowego, coś co jeszcze bardziej ich do siebie zbliżało.
- Dzień dobry- powtórzyła blondynka, gładząc policzek Jack'a i ponownie biorąc w posiadanie jego usta. Delikatnie rozwarła wargi, pozwalając mu na więcej, co ten uczynił wręcz momentalnie. Jego język badał jej delikatne podniebienie, a ręce błądziły po jej plecach, co jakiś czas muskając palcami jej żebra. Oboje czuli się nieziemsko, a namiętność, która nimi kierowała była wręcz nie do poskromienia. Brązowooka wiedziała, że ich życie nie jest i na pewno nie będzie proste, jednak wierzyła, że razem mogą przetrwać wszystko. Jednak mimo tego, pragnęła spędzić w towarzystwie ukochanego tyle czasu ile to możliwe. Tylko w jego ramionach czuła się bezpieczne, tylko z im czuła się szczęśliwa, tylko z nim czuła się kochana. Zdała sobie sprawę, że mimo iż straciła wszystko, przyjaciół, rodzinę, bezpieczne miasto, zyskała coś jeszcze cenniejszego- Jack'a, jej wielką miłość- Musimy wstawać- szepnęła niechętnie, kiedy budzik wybił godzinę 8:00.
- Jeszcze chwilkę- zamruczał szatyn, muskając skórę za jej uchem i schodząc niżej, aż po zarysy jej żuchwy.
- Jeszcze panu mało, panie Brewer?- spytała słodko Crawford , spoglądając w jego oczy.


 - Jeżeli chodzi o panią zawsze jest mi za mało- powiedział po czym złożył delikatny, niczym piórko pocałunek na jej ustach- Kocham Cię- dodał, uśmiechając się radośnie i mocno przytulając ją do siebie. Wiedział, że ryzykuje wszystko co udało mu się osiągnąć, ale dla niej było warto. Mimo, że łamie swoje własne reguły, nie pożałuję tego... Nie dopóki będzie mieć ją, tą jedyną osobę na której mu zależy.
- Ja ciebie też- szepnęła, czując jak od środka wypełnia ją przyjemne uczucie, powodując szeroki uśmiech i dobry humor, mimo wszystkiego co się wczoraj stało. Już nie czuła pustki, nie czuła wstrętu w stosunku do siebie z powodu Nate'a, czy innych. Zabiła ich bo musiała... Zyskała dzięki temu Jack'a i dla niego zrobiła by to jeszcze raz.
- Jesteś moja- podkreślił ostatnie słowo, które niosło ze sobą obietnicę i szczere uczucie, którym ten darzył blondynkę.
-Twoja- powtórzyła za nim, wiedząc, że jest to prawda- Jednak mimo tego, muszę iść się wykąpać- zaśmiała się i zanim ten zdążył zareagować, zeskoczyła z łóżka i pognała do łazienki, zamykając za sobą drzwi.  
Gotowa wróciła do pokoju, a ponieważ nie zastała tam szatyna,  chwyciła swoją torebkę ruszyła w stronę stołówki.


***

- Nate myślisz, że Kim i Jack jeszcze długo będą pokłóceni?- spytała niebiesko włosa, wtulając się w nagi tors chłopaka i zakrywając prześcieradłem samą siebie. Mimo szczęścia jakie dawał jej związek z Crawfordem ta nie zapomniała o swojej przyjaciółce. Była ona kimś dla niej bardzo ważnym, wręcz najważniejszym... Nie przepadała też za słuchaniem o Brewerze złych rzeczy. Zwłaszcza, że były one zwykłą kupą kłamstw, które ta wymyślała pod wpływem złości. Szatyn może i nie był idealny, ale nie był też zły. 
- Wiesz jaka jest Kim. Jak ktoś ją zrani to długo nie da o sobie zapomnieć- westchnął, odgarniając kosmyk jej włosów za ucho- Nie przejmuj się tym- szepnął całując jej czoło, policzek, ucho, szyję... Powoli schodził coraz niżej, błądząc rękami po ciele ukochanej. 
- Zapomnij o tym kochasiu- zaśmiała się ciemnooka, szybko wstając na nogi i zarzucając na siebie szlafrok- Dzisiejsza noc ci nie wystarcza?- zapytała, rozbawiona podnosząc brew.  Jej oczy świeciły od iskierek, a zęby uwięziły dolną wargę by nie wybuchła głośnym śmiechem.
- Wiesz, że nie- rzucił, niczym pantera skacząc w jej stronę. Przygwoździł ją do ściany, rozkładając ręce bo obu stronach jej ramion jednocześnie uniemożliwiając jej ucieczkę- Co teraz?- zamruczał, pocierając swoim nosem o jej. 
- Myślę, że jestem głodna- zachichotała, delikatnie go całując. Wystarczyła chwila nieuwagi, a znajdowała się w łazience, gdzie wzięła szybki prysznic i zaczęła się ubierać. 

 ***

Blondynka spokojnie przemierzała korytarz, kiedy ciepłe dłonie owinęły jej talię. Jej ciało zadrżało, a uczucie, które przeszło ją od góry do dołu, kiedy delikatne usta powoli zaczęły muskać jej szyję, było wręcz nie do opisania. 
- Ślicznie wyglądasz- szepnął Jack, odwracając brązowooką przodem do siebie i spoglądając w jej rozpromienione oczy. Widział w nich miłość i szczęście, a myśl, że to jego zasługa jeszcze bardziej go uszczęśliwiła. 
- Dziękuje- wymamrotała, opierając swoje czoło o jego- Myślisz, że będzie dobrze? Że nam się uda?- spytała, pierwszy raz wypowiadając swoje wątpliwości na głos. Nie chciała... Były one już wystarczająco straszne w jej głowie i nie wyobrażała sobie, że go może zabraknąć. Nie od wczoraj. 
- Jestem tego pewien- uśmiechnął się, całując jej prawy kącik ust- Nie pozwolę, żeby coś się z nami stało- zapewnił i splótł ich palce- A teraz chodź... Musisz coś zjeść, a ja mam ochotę pochwalić się moją śliczną dziewczyną- rzucił, ciągnąc ją na stołówkę. 
Kiedy przekroczyli próg wszystkie czy zwróciły się ku nim. Każdy dokładnie zmierzył parę wzrokiem. Najwięcej jednak uwagi zwrócili ich złączonym dłoniom. Co prawda w ośrodku rozniosły się plotki o wczorajszych wydarzeniach, ale nikt nie pomyślał by, że to może być prawda. Brewer nie należał do osób... romantycznych czy otwartych na innych. Był cichy, skryty, ale bardzo utalentowany i szorstki. Był zagadką, której nikt nie potrafił odkryć. 
- Kim! Jak się cieszę, że cię widzę!- pisnęła Nicki, rzucając się dziewczynie na szyję. Zamknęła jej ciało w mocnym uścisku, przez co siniaki i rany dały o sobie znać. 
- Cholera! Nicki uważaj! Ją wszystko boli!- warknął szatyn, odpychając zszokowaną brunetkę od Crawford i przytulając ja do siebie- Nic ci nie jest?- spytał, delikatnie gładząc jej plecy, przez co cichy pomruk zadowolenia wydobył się z jej gardła- Chyba nie- zaśmiał się chłopak składając mokrego całusa na jej ustach. Blondynka długo wpatrywała się w Brewer'a nie mogąc nad nim nadążyć. Jak to możliwe, żeby w sekundzie zmieniać się o 180 stopni?- No co?
- Kocham cię- szepnęła, ujmując jego dłoń po czym spokojnie ruszyła w stronę stolika, gdzie siedziała już Alison z jej bratem, bacznie ich obserwując.
- Coś przegapiłam?- pisnęła niebiesko włosa, uśmiechając się zadziornie do Kimberly i mocno ją przytulając- Przy okazji musisz pogadać z Christianem... Te kamerki mają naprawdę dobrą jakość- zachichotała, jednak widząc pytające spojrzenia reszty, przewróciła oczami- Wczoraj, wieczór, polana, zachód słońca, ty, Jack- wymieniała, starając się ukryć zbędne szczegóły. Mimo, że Nate bardzo lubił nowego chłopaka swojej siostrzyczki, ona ciągle była dla niego małą niewinną dziewczynką i szatyn źle by skończył, kiedy ten zobaczył by interesujące nagranie. 
- Muszę lecieć!- powiedziała szybko brązowooka biegnąc w stronę pokoju przyjaciela. 

***

- Trzeba przyznać, że wczorajszy trening był bardzo interesujący- zawiadomił jeden z opiekunów, mierząc wzrokiem zgromadzonych. Jak zawsze po walkach odbywało się podsumowanie umiejętności większości zabójców z podkreśleniem tych najbardziej utalentowanych- Wykazaliście się świetnymi umiejętnościami, a cóż ci którzy ich nie posiadali zginęli... - stoicki spokój który wypełniał go mówiąc te słowa, mocno uderzył w blondynkę, która była cała podenerwowana. Nie chciała wspominać wszystkiego od nowa, a co najważniejsze nie chciała tego oglądać- Może zacznijmy od Nicki Bley....-zaproponował, a mężczyzna odpowiadający za nią wyszedł do przodu
 - Nicki... Jak zawsze poradziłaś sobie doskonale. Twoje ciosy są coraz pewniejsze, a orientacja w terenie jest doskonała. Jestem z ciebie naprawdę dumny i każdy tutaj może się od ciebie uczyć- uśmiechnął się, a dziewczyna grzecznie kiwnęła głową, kiedy po cali rozniósł się odgłos oklasków- Nie będę się odwoływać to twoich prywatnych spraw, które stały się na arenie i cieszę się, że postanowiłaś rozstrzygnąć je właśnie tam... Mimo wszystko myślę, że powinnaś jeszcze popracować nad spostrzegawczością oraz szybkim reagowanie w sytuacjach, które wydają się bez rozwiązania- zawiadomił, po czym wrócił na swoje miejsce rozsiadając się wygodnie w dużym fotelu, obitym czarną skórą.

Każdy z opiekunów po kolei stawał przed mikrofonem i wypowiadał się na temat swojego wychowanka.  Starali się to oczywiście robić jak najlepiej, dlatego wiele faktów zostało podkoloryzowanych, a te mniej bohaterskie pominięte. W końcu właśnie o to tu chodziło, a przynajmniej tak niektórym się wydawało.

Blondynka dokładnie słuchała każdego słowa, starając się je przyswoić i zapamiętać. Chciała wiedzieć
z kim ma do czynienia i kogo może uważać za wroga, a kogo za sprzymierzeńca. Nie było tu o takich łatwo jednak wiedziała, że na pewno kilku by nie zaszkodziło... Zważywszy na to, że wrogów ma już sporo. Informacje o wczorajszej walce dość szybko się rozniosły i wielu uczestników mierzyło ją krzywym spojrzeniem. Ta jednak doskonale ich rozumiała. Wiedziała, że wczoraj zabiła ich przyjaciół i nawet takie osoby jak oni, którzy powinni być do tego przyzwyczajone, cierpiały.
- Pan Nate Crawford i Jack Brewer....- powiedział ciemnowłosy mężczyzna, którego brązowooka pamiętała z pierwszego dnia tutaj. To on był z grupa chłopaków w lesie- Nie wiem co mogę o was powiedzieć... Jak zawsze spisaliście się znakomicie. Wasza umiejętności przewyższają wszystkich i jesteście naprawdę godnymi przeciwnikami- rzucił zadowolony-  Cieszę się, że jesteście w mojej drużynie... Mogę być tylko dumny- zaśmiał się, a sala ponownie tego dnia zabrzmiała od gwizdów i oklasków radości oraz wrogości. Co jak co, ale ich przeciwnicy nie byli zadowoleni, nie wspominając już o opiekunach. Brewer i Crawford byli dla nich jak gwiazdy i tylko czekali jak będą mogli je wykupić.
- Widzisz... Nie tylko ja uważam, że jesteś niesamowity- szepnęła blondynka, całując policzek ukochanego, ponownie wtulając się w jego ramię.
- Chyba zostałaś już tylko ty- westchnął, oddając uścisk i zmysłowo gładząc jej plecy. Poczuł jak jej ciało reaguje na jego dotyk, a jej oczy powoli się zamykają, kiedy na twarzy pojawia się szeroki uśmiech- Oh maleńka!- ta tylko westchnęła z rozkoszy, a otaczający ja świat powoli zaczął znikać. Był tylko on....
- No i została nam Kimberly Crawford- zawiadomił główny prowadzący, spoglądając na dziewczynę, która musiała zamrugać kilka razy, by zrozumieć co się dzieje. Niechętnie wstała na nogi i mimo, że jej kolana delikatnie się trzęsły, nie dała tego po sobie poznać.
- Co miłego ma mi pan do powiedzenia?- spytał, a ton jej głosu był zadziwiająco miły. Mężczyzna wydawał się być zauroczony jej wyglądem, czy może zachowaniem i nie zwracając uwago na innych powoli zaczął się jej przyglądać. Crawford jednak nie wytrzymała długo, gdyż natrętny obserwator zaczął ją poważnie denerwować- Może pan przestać?! Nie jestem jakimś eksponatem, który się podziwia!- warknęła, krzyżując ręce na piersiach i zaciskając usta w prostą linie.
- Eliot wydaje mi się, że denerwujesz moją podopieczną- rzucił Christian, odpychając mężczyznę i wyrywając mu mikrofon- Sorki mała... On już tak ma jak widzi piękne kobiety- zaśmiał się, mrugając do przyjaciele, który wydawał się być zarówno rozbawiony jak i zawstydzony- A tak serio to całkiem spoko gość, więc nie przejmuj się... Więc Kim- zaczął
- Tak Christian? O czym miał byś ochotę porozmawiać?- rzuciła rozluźniając się i uśmiechając przyjacielsko do bruneta.
- Może dla odmiany o tobie... Chyba, że masz ochotę przejść na trochę inny temat- zasugerował, zabawnie poruszając brwiami, przez co w sali rozległ się odgłos cichego chichotu.
- Chyba spasuje- powiedziała stanowczo, jednak ten nie wydawał się być choćby troszkę przestraszony jej ostrym tonem. Wiedział, że żartuje i, że nigdy by go nie skrzywdziła.
- No to wracając do twoich poczynań na arenie, mogę szczerze powiedzieć, że jestem dumny- zaczął, przewracając kartki, najwidoczniej czegoś szukając- Jeszcze nigdy nie wiedziałem, żeby ktoś zrobił tak szybkie postępy.... Stałaś się kimś nowym, wręcz można powiedzieć, że bardzo dobrze ci idzie. Opanowałaś strzelanie z łuku, wiele trudnych przewrotów, orientacje w terenie, a nawet podstawowe ciosy nożem- rzucił, uśmiechając się z zadowolenia- Jednak najbardziej zaskakuje mnie twój wzrok. Widzisz rzeczy których ja nie zauważył bym z lupą.. Nie wiem jak to robisz, ale nie zmieniaj tego- zakończył swoje przemówienie i zszedł z podestu, kierując się w stronę blondynki by mocno ją uściskać- Jestem z ciebie dumny- szepnął do jej ucho, kiedy ta oddała uściska.
- Dziękuje Christian... Za wszystko- wyznała szczerze

***

- Kim czy ty i Christian?- spytał w pewnym momencie Jack, delikatnie całując czoło brązowookiej. Dziewczyna podniosła głowę z jego klatki piersiowej i spojrzała w czekoladowe oczy, w których zobaczyła strach... Pierwszy raz szatyn wydawał się być zagubiony, niepewny swoich czynów i osądów.
- Nie!- zaprzeczyła szybko- Jesteśmy tylko przyjaciółmi!- zawiadomiła, podkreślając ważne fakty i ujmując twarz Brewer'a w swoje dłonie- Zresztą czy to ważne? Jack kocham ciebie... Nikogo innego, tylko ciebie- szepnęła, usadowiwszy się na jego kolanach by bez jakichkolwiek przeszkód móc go pocałować. W momencie kiedy jej usta dotknęły jego, panująca między nimi sytuacje uległa diametralnej zmianie. Przez ich ciała zaczęła przemawiać namiętność, która zaczęła pulsować w ich żyłach, przez co obojga wydawało się, że płoną. Chłopak przejechał zdecydowanie językiem po jej delikatnych, pełnych usteczkach, a kiedy ta rozszerzyła jej by nabrać powietrza, dopuścił się  penetracji dobrze znanemu mu terenu. Jednak już po chwili pozwolił jej przejąć kontrolę, oddając się całemu jej sercu.
Dziewczyna nie czekała długo. W sekundzie przygwoździła ukochanego do materaca, łapczywie zatapiając swoje usta w jego.  Przywarła do jego ciała, bawiąc się jego włosami i delikatnie pieszcząc jego język swoim.


- Kocham cię- szepnęła, odrywając się od niego i spoglądając na jego rozpromienioną twarz. Brewer momentalnie wykorzystał sytuację, ujmuj ręce blondynki i umieszczając ją pod sobą. Zaczął muskać jej szyję, powoli schodząc niżej, aż w końcu dotarł do dekoltu. Z delikatnością i czułością wycałował wzgórki jej piersi, zostawiając w niektórych miejscach różowe malinki.  Kochał ją i chciała, żeby była szczęśliwa, a wiedział, że to właśnie on jest jej szczęściem.... Nie rozumiał jak ta może darzyć go tak silnym uczuciem, ale nie mógł bez niej żyć. Nigdy !
            
Miłość. Miłość. Miłość. 
Nie wiem dlaczego, ale ostatnio nie potrafię napisać rozdziału, który nie kręcił by się wokół tego uczucia... :) 
I szczerze to jest to strasznie dziwne !
Ale kocham to :D
Co do Nicki to nie musicie się przejmować.. 
Będzie mieć jeszcze swoje 5 minut na zemstę :) 
Kocham was 
Emi <3

środa, 19 marca 2014

Chapter 13 { And they lived happily ever after... }

Ludzie od wieków wierzą, że jedyną rzeczą potrzebną do przetrwania jest nadzieja. Że mimo wszystkich krzywd i przeszkód, które postawi na naszej drodze los, mając ją przy sobie, wierząc w nią uda nam się przetrwać wszystko. Staniemy się niezniszczalnymi ludźmi, odpornymi na ból czy cierpienie, które mimo, że może nas dopaść, odpłynie, gdyż my będziemy zbyt silni by nas pokonać.  I to była prawda. To nadzieja nie raz uratowała rodziny przed rozpadem, związki przed zerwaniem, czy przyjaciół przed głupotą ludzkiego umysłu. Jednak mimo wszystko istnieje też druga ważna informacja, która jest zakodowana w umyśle człowieka. Między życiem, a śmiercią istnieje mała, cienka linia, którą możemy przekroczyć nawet o tym nie wiedząc. Dzieje się to właśnie wtedy kiedy tracimy wiarę w jutro, w nasze szczęście. I co wtedy ? I tu właśnie pojawia się problem... Tą decyzje możemy podjąć tylko i wyłącznie jeden raz!

***

Kimberly przymknęła oczy, a oddech stanął. Nie mogła uwierzyć w słowa szatyna, które dotkliwie zraniły jej duszę, pozostawiając wieczne rany na jej poranionym sercu, które przez pierwsze sekundy zatrzymała się, przyswajając informacje. Dziewczyna poczuła jak ciężkie łzy zaczynają piec jej oczy, po czym powoli spłynęły po jej bladych policzkach, które jeszcze zaledwie kilka minut temu przybrały kolor różany.
- Nie kocha cię!- szepnęła triumfalnie jej podświadomość, rozsiadając się w wielkim fotelu, skupiła się na malowaniu ust czerwoną szminką. Blondynka chcąc czy nie chcąc poczuła się odtrącona przez osobę, którą kochała ponad wszystko i mimo, że zdawała sobie sprawę, że szatyn nie ma obowiązku czuć tego samego do niej, nie potrafiła się opanować. Nikt, nigdy w jej życiu mocniej jej nie zranił, nie doprowadził do takiego rozchwiania, że sama zaczęła się zastanawiać nas sensem swojego istnienia.
Czuła się jak balon, którym dziecko pobawi się przez chwilę, czerpiąc z tego maksymalną radość, po czym bez skrupułów puści, pozwalając mu samotnie szybować pomiędzy chmurami, aż w końcu pęknie.
- Najwidoczniej  wystarczył mu jeden pocałunek, żeby zdać sobie sprawę, że nie jesteś dla niego, że woli NICKI- warknęła jej podświadomość, ponownie wtrącając się tam gdzie ni powinna. To wystarczyło, żeby Crawford rozpłakała się jak małe dziecko.
- Zapomnij o tym co powiedziałam- szepnęła, przeciskając słowa obok wielkiej guli, która powstała w jej gardle.


Wiedziała, że wpadła z tym uczucie jak śliwka w kompot i szansę, że da radę zapomnieć były wręcz minimalne, ale mimo wszystko musiała spróbować. Zapomnieć o nim, o jego cudownych brązowych oczach, o jego boskim zapachu i co najważniejsze o uczuciu, które się w niej narodziło kiedy jego usta spoczęły na jej, idealnie jej dopełniając- Zapomnij o mnie!- krzyknęła, wiedząc, że dla niej będzie to dużo trudniejsze niż dla niego. Nie czekając na nic, szybko odwróciła się na pięcie i z złamanym sercem, które boleśnie dawało o sobie znać i mokrymi policzkami czym prędzej ruszyła biegiem, chcąc uciec od tego wszystkiego, od niego i uczucia, które w niej wywołał.

***

Słońce powoli zachodziło za ciemnymi chmurami, dzięki czemu niebo przybrało piękny czerwono-fioletowy kolor, który dawał złudzenie spokoju i radości. Blondynka nigdy nie rozumiała dlaczego tak piękne zjawisko natury, zwiastuje coś tak ciemnego i przerażającego jak noc... Teraz jednak zrozumiała, że tylko ludzie, którzy nie muszą się niczym martwić tak to spostrzegają. Innym, od nie dawna równiej jej dawało to chwilę wytchnienia, przed straszną ciemnością, którą były ich problemy oraz nawet najmniejsze drobnostki, które psuły ich życie. 
-"Czas leczy rany... a może tylko zalecza. Nakleja plaster bez dezynfekcji z nadzieją, że rana się zagoi. Owszem, po pewnym czasie ból ustanie, ale co to za gojenie się z brudem? Prędzej czy później rana się odnowi , a ból będzie większy"- wymamrotała brązowooka wspominając swoje ulubiona słowa z książki, którą kiedyś czytała jej na dobranoc babcia. Nigdy nie myślała, że opiszą one jej historię, czy pokryją z jej sytuacją życiową, ale teraz właśnie tak było.  Kimberly wiedziała, że przed nią długa droga, a jedyne co może dać jej nadzieje na jutro to szczere uczucie osoby, która jej nie kocha---> nie było więc jutra. Nie było życia, które przyniesie radość. Nie było jej .

***

- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy- zaśmiała się Bley, nagle wyłaniając się za ogromnego drzewa i nie dużo myśląc stając nad blondynką, dokładnie oceniając jej sytuacje psychiczną jak i fizyczną- Gdzie zgubiłaś Jack'a? Czyżby biedaczek miał dość niańczenia cię?- warknęła rozbawiona, krzyżując ręce na piersiach i prowokacyjnie spoglądając na Crawford, która nawet nie drgnęła słysząc jej słowa.
- Odpuść sobie Nicki!- westchnęła, niechętnie podnosząc wzrok na rywalkę. Nie przejmowała się tym, że wygląda jak wrak człowieka, a jej rozmazany makijaż na pewno nie dodawał jej uroków, czy walecznej postawy. Nie miała jednak siły udawać, że jest inaczej, że wszystko gra- Po prostu idź w swoją stronę, a ja pójdę w swoją... Udawajmy, że się nie spotkałyśmy- zaproponowała i wstała na nogi, otrzepując spodnie z trawy. Jej usta zacisnęły się w prostą kreskę, oczy powędrowały na słońce, które znikło za chmurami, a dłonie zacisnęły się w pieści.
- Chyba będę musiała pokrzyżować twoje plany- oznajmiła brunetkę, taranując drogę dziewczynie i obdarzając ją spojrzeniem pełnym nienawiści i złości- Prosiłam Cię, żebyś nie zbliżała się do Jack'a, jednak ty zignorowałaś moje ostrzeżenie- westchnęła, spoglądając w dal jakby doznała objawienia.
- Nicki, nie wiem co myślisz, ale możesz być spokojna... Jack mnie nie interesuję, więc weź go sobie- wymamrotała, zaciskając powieki, jednocześnie hamując napływające do oczy łzy- Wygrałaś! Mam dość walki z tobą! Weź go sobie i daj mi spokój- szepnęła, ścierając samotną łzę, która mimo jej  starań spłynęła po policzku.
- Nie interesuje cię już, czy może Cię odrzucił?- spytała, przyjmując zwycięski wyraz twarzy. Wiedziała, że to był cios poniżej pasa i była z tego dumna. Wiedziała również, że mimo siły i odwagi blondynki, ta nie da rady tego po prostu przełknąć i odejść. Znalazła jej słaby punk i trafiła w jego sam środek- Wiem o pocałunku... Wiem o wszystkim Kim- dodała, uśmiechając się i odwracając przodem do zdruzgotanej dziewczyny- Bardzo chętnie bym cię w tym momencie uderzyła, lub nawet zabiła, ale obiecałam komuś, że będzie się mógł z tobą zobaczyć- zaśmiała się, a za jej plecami zaszeleściły liście. Już po chwilę mężczyzna, o godnej podziwu postawie stanął obok niej...
- Sam- szepnęła przerażona Crawford, odruchowo upewniając się, że niewielka, zapasowa broń ciągle jest schowana w jej prawym bucie. Jej szczęka nerwowo się zacisnęła, a oczy przybrały dziki wyraz, powodując, że ta czuła się jeszcze słabiej.
- Witaj kochanie- powiedział brunet, spoglądając wymownie na Bley, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła, zostawiając nastolatków samych. Chłopak powoli stanął obok Kimberly, która była zbyt przerażona by chociaż drgnąć, czy zacząć uciekać- Nawet dobrze że żyjesz. Więcej zabawy dla mnie!- szepnął do jej ucha, owiewając jej kark zimnym powietrzem, przez co nieprzyjemne ciarki pojawiły się na całym jej ciele. Jednym, precyzyjnym ruchem, zgarnął jej blond włosy i złożył delikatny pocałunek na jej szyi.
- Zostaw mnie- krzyknęła brązowooka, czym prędzej odpychając byłego chłopak od siebie- Nie dotykaj mnie! Nie jestem twoją zabawką!- warknęła, wbijając palec wskazujący w jego klatkę piersiową i mrużąc oczy- Pamiętaj, że są tu kamery... Nic nie możesz mi zrobić- szepnęła kiedy adrenalina płynąca w jej żyłach, ponownie opanowała jej ciało, pozwalając schować bolesne uczucia za maską.
- Moja głupia, głupia, słodziutka, Kimi- westchnął ciemnooki, nie zważając na wyraz jej twarzy, delikatnie odgarniając jej niesforny kosmyk włosów za ucho- Tym razem nie po to tu jestem- zaśmiał się i wymierzył pierwszy cios, trafiając prostą w drobną klatkę piersiową dziewczyna. Uderzenie było na tyle potężne, a co najważniejsze niespodziewane, że ta z hukiem wylądowała na ziemi, przez co każdy stary siniak czy rana dały o sobie znać, przesyłając nie miłe pulsowanie po jej ciele- A mogło być tak pięknie- mruknął, kiedy jego noga, trafił prosto w poturbowane żebra Crawford. Nie patrzył na łzy, które powoli zaczęły napływać do jej oczy, jedna po drugiej spadając na ziemie i znikając w gruncie, dając miejsce następnym. Cios za ciosem, lądował na jej skórze drażniąc stare rany i tworząc nowe, ledwie pozwalając jej zaczerpnąć , w tym momencie tak cenne powietrze. Brunet jednak na to nie patrzył, a dodatkowa satysfakcja płynęła właśnie z wiedzy o tym. Zmienił się bowiem w potwora, który jedyne co potrafił robić to zabijać.

Jedyne czego pragnął to zobaczyć minę Brewer'a, kiedy ten dowie się, że jego mały skarb na ziemi nie żyje. Że Kimberly Crawford nie żyję!

***

Szatyn szybko przemierzał las, rozglądając się dookoła w nadziei, że wśród ciemności dojrzy gdzieś blond czuprynę, dziewczyny, którą zranił kilka godzin temu. Bolało go to... Wiedział, że zachował się źle, że nie powinien tego mówić, ale choćby nie wiem jak chciał nie mógł cofnąć wypowiedzianych słów. Był roztrzęsiony, a co najważniejsze bał się, że prze jego głupotę już nigdy może nie spotkać brązowookiej. Jego serce biło trzy razy szybciej, a oddech znacznie przyspieszył.
-Nie!- nagle, jego czujny słuch wyłapał głos, który był dla niego wszystkim, tak samo jak jego właścicielka. Jego nogi momentalnie przyspieszyły tempa, przeskakując korzenie drzew, czy niższe krzaki na swojej drodze- NIE!- ponowny pisk, tym razem głośniejszy, dzięki czemu Jack, bez problemu wyczuł w nim strach i panikę.
- Ostatnie słowa?- spytał Sam, wyciągając z tylnej kieszeni spodni mały nożyk, a jego metaliczny kolor, aż błysnął w promieniach słońca.
- Kocham Cię Jack- wymamrotała zmęczona dziewczyna, zamykając oczy i czekając na cios. Mimo wszystko ciągle tak było i była szczęśliwa, że umrze świadoma swoich uczuć, mimo, że nie są odwzajemnione. Zacisnęła mocniej powieki i odruchowo zasłoniła się rękami, jakby to mogło zablokować pchnięcie, które jednak nie nadeszło. W pierwszym momencie blondynka była pewna, że brunet po prostu chce przedłużyć jej cierpienie, ale kiedy usłyszała odgłosy walki, szybko otworzyła oczy. Widok Jack'a, siedzącego na Down'nie i okładającego go pięściami, mocno ją zdziwił, a za razem ucieszył. Wiedziała jednak, że robi to tylko z powodu rozkazów, które zostały mu przekazane z góry, przez co nie mógł jej tak po prostu zostawić. To chyba najbardziej ją bolało... To, że nigdy tak naprawdę, w żaden sposób mu na niej nie zależało. Wszystko co robił, robił bo musiał. Brązowooka miała ochotę wstać i z tond uciec. Uciec od niego, od bólu, który pojawia się, kiedy ten tylko stanie w polu jej zasięgu wzroku. Chciała to zrobić i gdyby nie rany i siniaki, które dały o sobie znać, kiedy ta wykonała delikatny ruch ,najprawdopodobniej już by jej tu nie było. Za miast tego musiała leżeć na zimnej ziemi i z łzami w oczach, przyglądać się zawziętej walce dwóch chłopaków, którzy w ostatnich dniach, zranili ją jak nikt inny przed naprawdę długi czas.
Brewer wymierzał cios za ciosem, co chwilę spoglądając na konającą Kimberly, która z niewiadomych powodów, wpatrywała się w przestrzeń jakby znalazła tam drogę ucieczki. Szatyn nie miał czasu zastanawiać się nad tym co robi, bił na ślepo, a jedyne co zaprzątało jego głowę, to urocza blondynka, która w niewyjaśniony sposób zmieniła jego życia. Tym razem nie miał zamiaru trzymać się swoich zasad. Postanowił walczyć o swoje, a jeżeli uda mu się osiągnąć postawiony przez siebie cel, przysiągł sobie, że nie zmarnuje okazji, której dało mu życie. Nie myśląc dużo, wyciągnął przenośny, nożyk, który dostał od taty, kiedy razem łowili ryby. Mimo wszystko, mimo tego kim się stał, nigdy się z nim nie rozstawał. Był jego medalionem na szczęście, który jeszcze nigdy go nie zawiódł i zważając na sytuacje nie wydawało się, żeby zrobił to też teraz. Brązowooki szybko zablokował cios Sam'a, po czym wykonał skomplikowany wykop, tworząc w powietrzu śrubę, jednocześnie przewracając przeciwnika na ziemie i szybko unieruchamiając.
- Ostrzegałem cię Sam- westchnął i mimo, że uważał to za złe, w tym momencie nic nie mogło go powstrzymać- Powiedziałem, że Cię zabiję, jak jeszcze raz zbliżysz się do Kim... A ja zawsze dotrzymuje słowa- warknął wściekły, a w jego głowię pojawił się widok zapłakanej Crawford, kiedy ten dupek, próbował się do niej dobrać. Emocje dały górę, przez co Jack wykonał jedno, równe cięcie podcinając brunetowi gardło, jednocześnie kończąc jego życie na dobre. Z bólem, a zarazem ulgą spojrzał na swoją ofiarę, po czym powoli wstał na nogi i zamknął oczy. Nie lubił tego kim się stał, osoby, którą musiał się stać by dotrzymać słowa danego siostrze... - Kim- szepnął, momentalnie odwracając się w stronę blondynki, która na całe szczęście ciągle leżała w tym samym miejscu. Szatyn dostrzegł w jej oczach łzy, które nie zwiastowały nic dobrego, cierpienie, które najprawdopodobniej spowodował on i małą iskierkę miłości, która przywróciła mu wiarę i nadzieje- Kim- krzyknął głośno, podbiegając do Crawford i klękając przy jej poranionym ciele.  Ta jednak odwróciła wzrok, a po jej policzkach spłynęły słone krople bólu, powodując, że jego serce, zabiło dwa razy szybciej.
- Zostaw mnie- wymamrotała, z sykiem podnosząc się do pozycji siedzącej i spoglądając na otaczające ją drzewa- Po prostu idź- dodała, spuszczając wzrok na swoje buty i nerwowo otrzepując spodnie z liści, czy trawy.
- Kim- szepnął Brewer, delikatnie kładąc rękę na jej smukłej dłoni i zaciskając ją, jednocześnie uniemożliwiając blondynce wyrwanie się z jego uścisku oraz zmuszając ją do spojrzenia na niego. Nie chcąc przerywać dobrej farsy, pogładził ją po ramionach, pnąc się w góry, by w końcu móc ująć jej twarz. Z wielką ostrożnością otarł ciężkie łzy, płynące po jej policzkach i zwrócił wzrok na brązowe oczy, które dokładnie się mu przyglądały. Wydawały się puste, a za razem przerażone, ciekawe i zdziwione. Przysunął się do niej do tego stopniej, że dziewczyna spoczywała pomiędzy jego nogami, po czym nachylił się i złożył delikatny jak piórko pocałunek na jej jedwabistych ustach.


Crawford długo nie umiała się ruszyć, zbyt zaskoczona gestem chłopaka, by zrobić cokolwiek. Chciała czuć jego wargi na swoich, już do końca życia, jednak nie była pewna, czy da radę znieść jeszcze jedno odtrącenie. Na dodatek nie wiedziała dlaczego Jack, zrobił to co zrobił... Przecież jej nie kocha.
Poczuła się wykorzystana, wzięta za tani, atrakcyjny przedmiot, którym można się zabawić, kiedy ma się ochotę, a po dobrej zabawie po prostu odstawić w kont, nie zważając na jego uczucia. Mimo tego i dość jasnych instrukcji, które przesyłała jej, jej racjonalna część, brązowooka z wielką żarliwością oddała pocałunek, mimo bólu moszcząc się na kolanach Brewera. Nie mogła go odepchnąć. Potrzebowała poczuć, choćby złudzenie, że on ją kocha. Przynajmniej ten jeden raz, ten ostatni raz, kiedy pozwala sobie na chwilę słabości.
Kiedy chłopak poczuł, że ta tego chce, chce jego, w jego sercu narodziła się radość, rozpalając go od środka i powodując przyjemne uczucie, którego nie czuł od długiego czasu. Delikatnie, acz stanowczo przejechał językiem po słodkich usteczkach Kimberly, jednocześnie prosząc o pozwolenie. Kiedy ta dała mu zielone światło rozchylając wargi, Brewer momentalnie dopuścił się namiętnej penetracji jej podniebienia, jednocześnie przysuwając ją bliżej siebie, uważając na siniaki i rany na jej ciele.
W końcu oboje stali się jednością, nie zważając na miejsce w którym się znajdują, po prostu oddali się drugiej osobie. Wydawało się, że czas stanął w miejscu, a na świecie byli tylko oni- Ona i On, pogrążeni w swojej bajce, która kończyła się słowami : " I żyli długo i szczęśliwie...".  Jednak czy tutaj było to możliwe?

- Kocham Cię Kim- wyznał Jack, przerywając pocałunek i spoglądając głęboko w oczy dziewczynie, która była dla niego wszystkim- Zawsze kochałem- dodał, odgarniając kosmyk włosów za jej ucho i ponownie ją całując, uniemożliwiając jej dojście do słowa. I to wystarczyło. Tymi prostymi słowami i gestem, płynącym prosto z serca, odpowiedział na wszystkie pytania i wątpliwości brązowookiej, która poczuła, że jednak jej życie się nie kończy. Wręcz przeciwnie- właśnie się zaczyna.

Wiem, że na razie zarówno zachowanie Jacka jak i Kim może wydawać się dziwne, może niezrozumiałe, ale wszystko powinno się wyjaśnić kiedy poznacie ich przeszłość.
Co do rozdziału to wyszedł troszkę inaczej niż planowałam, ale ocenę zostawiam wam. 
Aha.. Co do następnego postu, to może on się pojawić dopiero w niedziele 30 marca. 
W sobotę wyjeżdżam bowiem na narty i nie wiem czy będzie tam dostęp do internetu. 
Kocham was
Emi<3


niedziela, 16 marca 2014

Chapter 12 { What hurts the most? }

Wokół panowała głpocałunek  spełnym co możnatroszkę łyszeoczekiwaniai wydech najbardziej dech podoba nadziejena, stawiała krok za krokiem. Łuk, który trzymała w prawej dłoni, wcale nie powodował, że czuła się lepiej-choć ciut bezpieczniej. W końcu co mogła by nim zrobić ? Jeżeli komuś naprawdę zależało by na jej śmierci, choćby nie wiem jak bardzo walczyła i tak nie dała by rady. Nie z tymi wszystkimi ranami i siniakami na ciele, które już wystarczająco utrudniały jej przeprawę przez las. Gdyby tego wszystkiego było jeszcze mało, Jack zachowywał się tak jakby jej tu nie było. Od początku nawet się do niej nie odezwał, nawet nie konsultował swoich decyzji. Nie żeby ta miała jakiś wybór, ale zawsze to robił- przynajmniej dla zasady. Tym razem było jednak inaczej. Crawford zdała sobie sprawę, że już na zawsze go straciła i to przez co? Przez swoją dumę i głupotę! Tak bardzo żałowała swoich słów, słów Jack'a... wszystkiego co wydarzyło się tamtego popołudnia. Nie było nic gorszego nic odtrącenie od osoby która się kocha.
Kiedy słońce całkowicie już zaszło, a las opanowała ciemność, brązowooka miała dość. Nie tylko była wykończona fizycznie, ale nie dawała już rady psychicznie. Myśl, że ktoś może wyskoczyć z krzaków i poderżnąć jej gardło, towarzyszyła jej cały czas i mimo wielu prób nie mogła o tym zapomnieć. Po prostu nie umiała.
- Jack, długo masz zamiar jeszcze tak chodzić?- spytała, opierając się o drzewo i przymykając lekko powieki. Minęła 1 minuta, 2, 3, 4, a odpowiedz ciągle nie padła. Na początku dziewczynie zdawało, się, że to tylko i wyłącznie przez ich kłótnie, ale kiedy otworzyła oczy, zauważyła, że go już nie ma, że szatyn zniknął- Pewnie nawet nie zauważył, że mnie nie ma- pomyślała, a w jej oczach pojawiły się łzy. Dlaczego nie może o nim zapomnieć? dlaczego nie może po prostu zakochać się w kimś innym, kimś kto pokocha ją?
Strach, który wypełnił przestrzeń obok niej, był nie do zniesienia. Wiedziała, że w tym momencie jest łatwym celem, zbyt łatwym. Wystarczyła by sekunda. Grupa ludzi napadła by na nią, a na nawet nie zorientowała by się kiedy nastąpił by jej koniec-kiedy by umarła. Kimberly momentalnie naprężyła cięciwę i chcąc czy nie chcąc ruszyła przed siebie.  Pamiętała, że razem z Jack'iem mieli rozstawić kamery w pobliży wodospadu, dlatego pomyślała, że może właśnie tam go znajdzie. Szansę były małe, ale co mogła innego zrobić? Chciała zostać... Ukryć się gdzieś i po prostu to wszystko przeczekać. Osłonić się bezpieczną powłoczką, wiedząc, że będzie cała i zdrowa, ale nie mogła tego zrobić. Myśl, że on może ucierpieć, że ktoś może go skrzywdzić była czymś strasznym, czymś czego jeszcze nigdy nie doświadczyła w życiu i wcale nie była z tego niezadowolona. Jednak czy można robić coś w brew miłości?

***

Strumień pod jej nogami zaczął się powiększać, co musiało znaczyć, że jest już coraz bliżej. Jedna ze strzał ciągle spoczywała na napiętej cięciwie, gdyby nagle musiała stoczyć walkę z wrogiem, który był coraz bliżej. Blondynka wręcz czuła jak jej włosy na karku stają dęba, a skórę pokrywają ciarki, powodujące nieprzyjemne uczucie zimna. Mimo, że wszystko wydawało się takie spokojne- króliki kicające na małej plance, z radością skubiące trawkę, stado saren, korzystających z wodopoju i ptaki, śpiewające melodyjne piosenki- dziewczyna czuła się jakby tonęła. Tak bardzo chciała poczuć to co one, jednak jedyne o czym myślała to jej ukochany, który desperacko potrzebuje jej pomocy....
Tak naprawdę nie wiedziała, czemu jej mózg pokazuje je właśnie taki obraz. Przecież Jack, był od niej dużo silniejszy, szybszy, mądrzejszy, a co najważniejsze wyszkolony. Po co była by mu taka  mała lalunia, która tylko go spowalnia, w czym mogła by pomóc? W niczym! Ale czy aby na pewno? W końcu mówi się, że w grupie siła, jednak brązowooka już dawno przestała w to wierzyć.  Przynajmniej w swoim przypadku. I jej było lepiej samej, a także oni byli bezpieczniejsi  bez niej- bez problemu na głowie.
- Kim!! KIM!!!- nagle wokół rozległ się przeraźliwy głos szatyna, który brzmiał zarówno desperacko jak i ostrze. Świat zaczął się kręcić, a jedyne co miało znaczenie to ten dźwięk, który blondynka rozpoznała by wszędzie. Nie zważając na niebezpieczeństwo, biegiem ruszyła w tamta stronę, prawie zabijając się między korzeniami drzew, które tworzyło coś na kształt wielkiej siatki, która łapała w swoje szpony, każdego, kto na to zasłużył. Ta jednak zbyt desperacko potrzebowała go zobaczyć, żeby się poddać, polec w taki sposób. Nie teraz kiedy prawie go znalazła...
Jego głos był coraz głośniejszy, on był coraz bliżej. Dziewczyna wyciskała z siebie piąte poty, by tylko go zobaczyć. Kiedy była już prawie u kresu, swojego celu jej rozum wrócił. Blondynka zwolniła i przygotowała łuk, po czym powoli, starając się nie wydać choćby najmniejszego szelestu, ruszyła dalej. Stał tam. Cały i zdrowy, w całej swojej cudownej okazałości.
- KIM!!- wrzasnął ponownie, nie zważając  na konsekwencje swojego czynu i wtedy złota strzała, nagle przeleciała tuż obok jego głowy. Szatyn momentalnie odwrócił się, a jego oczom ukazał się nieżywy Siomon, z mieczem w ręce, leżący zaledwie kilka centymetrów od niego.
- Jack!- dziewczyna w momencie znalazła się przed nim, nie do końca świadoma tego, co właśnie zrobiła...Zabiła człowieka. W jej oczach pojawiły się łzy. Zrozumiała, że stała się jednym z nich- zabójcą. Dla niego złamała swoje postanowienie, zasady, wszystko co nosiła w sercu... Jednak czy było warto? Czy było dla tego którego kochała?
- Boże Kim!- szepnął, przyciskając ją do swojego ciała.


Biorąc w objęcia, nie chcąc myśleć o tym co właśnie się stało. Ten strach, to uczucie... To co czuł przez ostatnie godziny, było niczym piekło. Zabijało go od środka, chciało jego śmierci.
- Co ja zrobiłam?- wyłkała, czując się jak potwór... Tak jak chcieli organizatorzy.

***

- Nie myśl tak o sobie- poprosił Brewer, zamieszczając kamerę na jednym z drzew. Widok blondynki, takiej słabej, pozbawionej energii, życia, był dobijający. Chłopak nie mógł go znieść. To zabierało go tam, gdzie nie powinien być. Do miejsca od którego od tylu tal uciekał, jednak ono znowu powróciło, wraz z przyjściem jej- na zewnątrz małej i kruchej dziewczyny, jednak  w środku, osoby o wielkim sercu i odwadze... małej buntowniczki.
- Daj mi spokój- warknęła czując, że już nic nie zmieni jej życia na lepsze. Zabiła niewinnego człowieka, który przez niefart losu stał się tym kim był, a teraz ona była dokładnie tym samym. Potworem, który jedyne co potrafił robić to zabijać i krzywdzić. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie żałowała. Była dumna, że uratowała osobę, którą kocha.. Czuła, że dlatego się tam znalazła, że dlatego coś kazało jej przygotować łuk, że tak powinno być...
- Posłuchaj...
- Nie chce o tym rozmawiać!- wrzasnęła, robiąc krok do tyłu i zamykając oczy. Kolejny i kolejny, czując, że odpływa, od wszystkiego co złe.. I nagle wielki ból przeszył jej ciało, a ogromna siła odepchnęła ją do tyłu. I kolejne huk i kolejna rana... Wszystko toczyło się tak szybko, że ta nawet nie zdążyła zareagować.  Łzy, strach, szczęście i poczucie wolności- to wszystko co jej w tym momencie towarzyszyło. I przeraźliwy krzyk szatyna, który docierał do niej mimo tego całego zamieszania.
-KIM!!- jego ręce oplatające jej ciało, a potem już tylko ciemność. Dźwięk zderzających się broni... mieczy, tak mieczy. Wrzaski, piski, syknięcia... Dziewczyna nie miała pojęcia co się dzieje, nie miała siły się ruszyć, jednak musiała. Powoli otworzyła oczy, po czym ponownie jej zamknęła.
- Nie!- szepnęła i wyciągnęła rękę po łuk. Był tak blisko, a zarazem tak daleko. W końcu jednak poczuła zimny metal na skórze. Sięgnęła po strzałę, wycelowała i puściła... Zabijając kolejną osobę. Tym razem była to rudowłosa dziewczyna, z burzą piegów na twarz i dziko zielonymi oczami. Wyglądała tak pięknie... Kolejna strzała, kolejne odebrane życie. Blondyn, z niebieskimi oczami i grzywką ,zakrywającą czarny tatuaż  na twarzy. W końcu było lepiej. To już nie bolało, stało się czyś normalnym, wręcz czuła, że po to żyje.
- Kim za tobą!- wrzasnął Brewer, blokując cios Sama i energicznie wskazując głową. Brązowooka bez zastanowienia użyła kolejnej strzały. Ból i zaskoczenie w oczach swojej ofiary było niczym grom z jasnego nieba. Wróciła ta dziewczyna, która tutaj przyjechała... Ta która uważała, że to jest złe. Crawford energicznie wstała z ziemi i podbiegła do ukochanego, który właśnie miała wykonać ostateczny cios.
- Jack nie!- krzyknęła,, chwytając jego rękę- Wiem, ze zasłużył, ale nie rób tego. Proszę cie... Patrz ile osób już nie żyje... Odpuśćmy mu. Nich to będzie ostrzeżenie, dla jego drużyny- pisnęła, nie mogąc znieść tej masakry. Tego już było za wiele, dużo za wiele.
- Biedna, mała Kimi... Nie przeżyjecie tu!- powiedział triumfalnie i w tym samym momencie ładunki ukryte w ziemi zaczęły wybuchać. Jeden za drugim, tworząc chmurę pyłu i dymu. Świat był zamazany, a ostatnią rzeczą, jaką ta poczuła była ręka szatyna, na jej dłoni.

***

Chwilę później oboje leżeli w małej jaskini. Wtuleni w siebie, poranieni, ale żywi...
- Jesteś cała?- spytał szatyn,  odgarniając niesforny kosmyk z twarzy dziewczyny i ujmując ją dłońmi. Jej oczy aż świeciły, co było dość dziwne zważając na sytuacje, jednak te nie mógł oderwać od nich oczu. Ten kasztanowy brąz zahipnotyzował go i jedyne co miało w tym momencie znaczenie to ona i jej jedwabiste usta, które strasznie go kusiły. Wręcz czuł ich smak, jak rozpuszczając się na jego, jak sprawiają, że ten zapomina o wszystkim... Jak doprowadzają go do szaleństwa i popychają w stronę granicy, której ten nie powinien przekraczać.
- Tak... Wszystko dobrze- szepnęła, opierając swoje czoło o jego i przymykając oczy- A ty? Nic ci się nie stało?- spytała spanikowana, kładąc ręce na jego klatce piersiowej. Jej długie rzęsy, rzucały cień na wydatne kości policzkowe, zgrabny nosek był brudny od ziemi, a usta wykrzywione w coś na kształt uśmiechu.
- Teraz już tak- wymamrotał. Ich twarze były tak blisko, że brązowooka mogła poczuć jego ciepły oddech, łaskoczący jej twarz. Otworzyła powieki i wtedy poczuła jak usta Brewera spadają na jej.


Wszystko działo się tak szybko. W jeden sekundzie byli wrogami, a chwilę potem nie umieli się od siebie oderwać. Jej wargi rozwarły się delikatnie, dając chłopakowi zielone światło, co ten wykorzystał momentalnie. Jego język wkradł się do jej jamy ustnej i z ogromną żarliwością, penetrował jej podniebienie, przez co ta miała jedynie ochotę jęczeć i wzdychać z rozkoszy. Mimo, że ich ciała ściśle przylegały do siebie, dla niech to ciągle było za mała. Pocałunek był  brutalny, agresywny, a za radem bardzo czuły. Trafił do najciemniejszej strony nastolatków. Oboje zapomnieli o całym świecie, oddając się namiętności, która zawładnęła ich ciałami, nie pozwalając myśleć o tym co w tym momencie robią. Kimberly ujęła twarz Jack'a w swoje małe dłonie i jeszcze mocniej przycisnęła do swojej. Chciała zapomnieć o wszystkim co ciążyło na jej umyśle od kilku dni, o tych strasznych momentach, na które ta nie zasłużyła. Po prostu chciała być z nim- osobą, która kocha nad życie, dla której zrobiła by wszystko.... dosłownie wszystko. Nie myśląc, nie płacząc, nie patrząc na to co zostawia. Gdyby kazał jej skoczyć w ogień, skoczyła by, gdyby kazał walczyć, walczyła by, gdyby kazał zabić, zabiła by.
W pewnym momencie to wszystko znikło. Pustka jaką ją ogarnęła, bolała niemiłosiernie. Czuła jakby ktoś wyrwał jej serce z piersi... Jakby umarła.
- Przepraszam Kim... Nie wiem co mnie napadło- krzyknął Brewer, w ekspresowym tempie odrywając się od blondynki i wstając na nogi. Czuł, że przegrał walkę z własnym sobą. Nie powinien.... Nie mógł...- Zapomnijmy po prostu... Przepraszam!- dodał, odwracając się i patrząc w nieznanym kierunku
- Nie jest mi przykro, że cie kocham- wrzasnęła Crawford, kiedy przerażenie ponownie tego dnia, ogarnęło jej ciało- Nie zamierzam , za to co się przed chwilą stało przepraszać, bo prawda jest taka, że  nie żałuje. Jest to najlepsza rzecz jaka spotkała mnie od długiego czasu... Kocham cie Jack!- szepnęła, a w jej oczach powoli zaczęły gromadzić się łzy.

- Ale ja cię NIE KOCHAM KIM !- warknął szatyn, zaciskając powieki i szczękę. Nie mógł...

Mam nadzieje, że pocałunek spełnia chociaż troszkę wasze oczekiwania...
Mnie najbardziej podoba się końcówka ;) 
Kocham was
Emi <3

czwartek, 13 marca 2014

Chapter 11 { Our world through the cameras eyepiece }

Kiedy blondynka podniosła ciężkie powieki,  na zewnątrz było już jasno. Poranne światło słoneczne, wdarło sie do pokoju, przez grube zasłony, rozświetlając go i pobudzając do energii. Dziewczyna powoli przesunęła ręką by dotknąć Jack'a, jednak nie znalazła go obok siebie. Przekręciła się na drugi bok i z bólem serca, stwierdziła, że nie ma go ani na łóżku, ani nigdzie. Teraz nie była, już nawet pewna czy on tu był... Może to wszystko to był tylko jednej okropny sen, który nieświadomie zmienił się w nieosiągalny świat miłości? Może właśnie tak było...
Brązowooka wzięła głęboki oddech i powoli podniosła się do pozycji siedzącej. Każda rana, czy siniak dał o sobie znać, powodując pulsujący ból rozchodzący się po całym jej ciele. Wiedziała jednak , że nie może leżeć w łóżku... Nikt by tutaj jej na to nie pozwolił. Zacisnęła więc zęby i ruszyła do łazienki, gdzie wzięła szybki prysznic, który pozwolił jej zmyć z siebie brud, który czuła... Było to takie dziwne uczucie, spowodowane wydarzeniami z wczoraj. Czysta, owinęła się ręcznikiem i stanęła przed lustrem, a w jej oczach powoli zaczęły gromadzić się ciężkie łzy smutku i rozczarowania.


Czyli to jednak nie był koszmar- szepnęła w myślach, patrząc na purpurowe malinki na szyi i dekolcie. Każde wspomnienie z wczorajszego wieczora uderzyło w nią niczym bomba cierpienia i rozeszło się po całym jej ciele. To było za wiele. Za wiele do przełknięcia i udawania, że nic się nie stało, że nie cierpi, że da radę po prostu zapomnieć... bo nie da. Te rany w końcu się zagoją, ale blizny pozostaną i będą o sobie przypominać. Zawsze tak robią.
Kimberly powolnym krokiem podeszła do walizki, szukając ubrań, które zasłoniły by szpetne siniaki na całym ciele. W tym momencie dziewczyna nie mogła znieść swojego widoku. Był on odrażający, pokazywał zranioną, słabą osobę, od której ta tak bardzo chciała uciec. Nie zważając na ból, szybko wciągnęła, długie, czarne spodnie i biało- czarną koszulkę, z długim rękawem, która zasłoniła poraniony brzuch, ramię i piersi. Używając fluidu, zamaskowała pozostałe plamy na swoim ciele. Następnie zrobiła delikatny makijaż oczu i musnęła usta, wyrazistą, czerwoną szminką, by odwrócić uwagę od poróżowiałych od płaczu powiek. Na sam koniec założyła czarno-złote trampki i zegarek. Gotowa ruszyła w stronę jadalni, jednak w drodze zmieniła zdanie i w końcu wylądowała w dużym pokoju, którego nie odwiedziła dotąd. Ściany były pokryte granatowo- biała tapetą, która przedstawiała różne sceny walki. Podłoga wyłożona ciemnym drewnem, przyciemniła pomieszczenie, tak samo jak czarne meble. Okna przysłonięte były zasłonami, które blondynka energicznie odsłoniła, wpuszczając do środka, ciepłe promyki słońca. Pokój momentalnie nabrał barw i stracił swoją mroczną stronę, poddając się wypełniającym go świetle. Dopiero teraz Crawford dostrzegła, że na w centrum, stoi wielki, okrągły stół. Miał od dwanaście siedzeń i tyle samo monitorów, wbudowanych w przedmiot. Na samym środku znajdowała się makieta ośrodka. Dziewczyna zajęła jedno z wolnych miejsc i włączyła urządzenie. Ekran wypełnił się kilkunastoma kwadracikami, która wskazywały różne miejsca w lesie. Był to po prostu widok z kamer, które ta zauważyła pierwszego dnia.
- To jest naprawdę dziwne- westchnęła, przełączają aplikacje, a jej oczom ukazała się stołówka

 POCZĄTEK FILMIKU Z KAMERKI

- Gdzie do jasnej cholery podziewa się panna Crawford?!- krzyknął jeden z opiekunów, nerwowo podrygując nogą. Momentalnie wszystkie spojrzenia powędrowały na niego, a cisza panująca w pomieszczeniu była wręcz nie do zniesienia- Czy mam powtórzyć? Gdzie jest panna Crawford?- warknął podenerwowany
- Nie wiemy. Nie widzieliśmy jej od rana- zawiadomił Jack, uśmiechając się grzecznie
- Na wczorajszym spotkaniu też jej nie było- wtrąciła Nicki, wtulona w ramie szatyna
- Świetnie! Czyli znowu nikt nie ma pojęcia, gdzie ona jest!- oznajmił- Z tą mała lalunią są tylko problemy! Dlaczego nie pojechała?! Co ja jej takiego zrobiłem?- pytał sam siebie, prawie płacząc. Blondynka była pewna, że mężczyzna jej nie lubi, ale czegoś takiego się nie spodziewała... Chociaż dało jej to dużą satysfakcje.
- Mark co ty znowu wyrabiasz?- westchnął Christian, stając obok starszego kolegi.
- Ty się przyjaźnisz z tą niunią, prawda... Wiesz może gdzie jest?- spytał, zaciskając ręce w pięści i robiąc krok w stronę chłopak
- Była w sali treningowej- powiedział, pewnie siebie- Jak chcesz to mogę po nią iść- zaproponował miło, wskazując ręką drzwi
- Nie dzięki. Sam się przejdę- oznajmił

KONIEC FILMIKU Z KAMERKI

Kimberly szybko zerwała się z miejsca i biegiem ruszyła w skazane miejsce. Musiała być pierwsza inaczej Christian by oberwał, a tego by nie przeżyła. W końcu on jej pomógł... Na dość dziwny sposób, gdyż jednocześnie mógł jej też zaszkodzić, ale jednak pomógł. Zresztą zawsze był przy niej i jako jedyny opiekun nie oceniał jej po okładce i ją szanował. Nie uważał wszystkiego co mówi  i robi za obraźliwe i niemądre, lecz w pewien sposób interesujące i odważne.
Szybkim ruchem otworzyła drzwi i  nie zważając  na ból podniosła jeden z małych sztyletów. Usiadła na ziemi i z udawanym zainteresowaniem oglądały przyrząd, do momentu, kiedy metalowe drzwi otworzyły się z hukiem.
- Dzień dobry!- krzyknęła radośnie i poderwała się na proste nogi. Nie do końca wiedziała jak powinna się zachować, w końcu nie wie czy Christian nie powiedział jeszcze czegoś opiekunowi- Coś się stało?- spytała grzecznie, uśmiechając się delikatnie
- Boże dziecko! Jesteś chora?- pisnął spanikowany mężczyzna, podbiegając do dziewczyny i dotykając jej chłodnego czoła- To znaczy... Dlaczego nie było cię na śniadaniu?- poprawił się,  z powrotem wracając do swojej obojętnej i surowej postury. Crawford miała ochotę wydąć wargi i wywrócić oczami, jednak zdołała się powstrzymać.
- Nie byłam głodna proszę pana i pomyślałam , że poćwiczę - rzuciła radośnie. Spojrzała na Christiana, który stał za opiekunem i serdecznie się do niej uśmiechał. Najwidoczniej nie tylko mu uszło wszystko płazem. Chłopak był naprawdę dumny z małej przyjaciółki. Nie miał pojęcia jak ta się tu znalazła i dlaczego jest taka miła, ale cieszył się z takiego obrotu sytuacji. Wiedział, że w przeciwnym razie oboje mieli by poważne kłopoty, a konsekwencje tego czynu mogły by być bardzo, ale to bardzo złe.
- Dobrze, a teraz marsz na stołówkę... Musisz coś zjeść przed dzisiejszym wyzwaniem!- krzyknął, gdyż było to pierwsze co przyszło mu do głowy. Kimberly po prostu nie przypominała... Kimberly. Była zbyt miła, potulna, uprzejma, zbyt... obca.
- Tak jest kapitanie!- zaśmiała się i tak jak jej kazano wymaszerowała z sali treningowe. W końcu jak to mówią: Trzymaj przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej. Blondynka zdawała sobie sprawę, że jeżeli chciała wygrać tą wojnę to potrzebowała wygrać też bitwy, a jak ma sobie poradzić bez sojuszników i na dodatek z wrednymi opiekunami nad głową?

***

Zaczerpnąwszy głęboki, uspokajający oddech, blondynka odepchnęła metalowe drzwi i weszła do środka. Momentalnie wszystkie oczy powędrowały w jej stronę, jednak ta je zignorowała. Powolnym krokiem ruszyła w stronę kucharki, jednak zanim dotarła na miejsce poczuła rękę na swoim nadgarstku, po czym nogi pod swoją pupą.
- Gdzie ty się znowu podziewałaś?- spytał Nate, sadzając siostrę obok siebie i podnosząc pytająco brwi. Cieszył się, że Kim nabrała pewności siebie jednak od pewnego czasu cały czas gdzieś znikała, a on jak to na brata przystało, się o nią martwi.
- Niech zgadnę: Zwiedzałaś!- rzuciła Alison, przytulając się do przyjaciółki i uśmiechając sie żartobliwie- Co tym razem ciekawego znalazłaś? Coś lepszego niż ten cały pokój portretów?- westchnęła, przez co oberwała łokciem między żebra.
- Jest coś do jedzenia?- spytała blondynka, chcąc jak najszybciej zmienić temat. Już wystarczająco nabroiła, nie miał ochoty słuchać teraz gadki Nate'a, o tym, że nie wolno jej tego robić. Blondyn uśmiechnął się kpiarsko i podsunął jej pod nos talerz z białą papką- Okej, nie ma mowy żebym to zjadła! Co to w ogóle jest?!- pisnęła, podnosząc łyżkę, która wręcz przykleiła się do posiłku.
- To kleik... Będzie ci smakować- zaśmiała się Nicki, biorąc kęsa potrawy. Crawford wiedziała, że udaje miłą tylko i wyłącznie z powodu Jack'a, który siedzi obok niej.


- Nie, dziękuje! Chyba jednak spasuje!- powiedziała, marszcząc nos i robiąc zabawną, a za razem uroczą  minę- Batonik będzie na pewno smaczniejszy no i mnie nie zabije- rzuciła, wyciągając łakocie z tylnej kieszeni dżinsów i z wielkim uśmiechem na twarzy wzięła pierwszy gryz.
- Hej Kimi- nagle usłyszała ten głos. Najpierw wydawał jej się, że to tylko urojenie, jednak wtedy go zobaczyła. Stał przed nią z ciemnymi okularami słonecznymi na nosie i rękami w kieszeniach. Brązowooka momentalnie poczuła przerażenie rozchodzące się po całym ciele i łzy, które napłynęły do oczu. Przeniosła wzrok na Jack'a, który zacisnął szczękę, a wszystkie mięśnie na jego ciele się napięły. Już nie był zrelaksowany i beztroski. W jego oczach można było dostrzec iskierki gniewu.
- Sam- wymamrotała boleśnie cicho Crawford, starając się by jej głos nie drżał. Była pewna, że wszyscy już zauważyli, że coś jest nie tak, jednak wolała zachować resztę uczuć dla siebie.
- Musimy pogadać. Teraz!- rozkazał i złapał jej nadgarstek. Uścisk był za mocny, by się wyrwać, a dziewczyna nie miała ochoty na scenę w środku śniadania. Jednak nie mogła z nim iść. Bała się go, wiedziała do czego jest zdolny i nie mogła przestać myśleć o tym, że on po prostu chce dokończyć to co wczoraj zaczął- Nawet nie próbuj się buntować- syknął jej do ucha, mocno zaciskając rękę wokół jej kości. Kimberly postawiła pierwszy krok, jednak dalsza droga została jej uniemożliwiona, przez ciepłą rękę, która oplotła jej ciało.
- Wybacz Sam, ale Kim nigdzie z tobą nie pójdzie- warknął stanowczo Jack, poderwawszy się z miejsca i przyciągając roztrzęsioną nastolatkę do siebie. Widział w jakim stanie ta jest, aż się dziwił, że potrafi resztę zachować w środku- Kilometr ! To ostatnie ostrzeżenie- syknął, cicho by reszta nie usłyszała i sadzając brązowooka obok siebie, wrócił do posiłku- Nie martw się. Nie pozwolę mu cię dotknąć- szepnął do ucha Kim, delikatnie trącając nosem jej policzek. Oboje jednak nie zauważyli krzywego spojrzenia, które Bley posyłała w ich stronę. Dziewczyna miała ochotę zabić rywalkę i może nawet będzie mieć dzisiaj okazje.

***

Blondynka szybko zmieniła swój poprzedni strój na czarne dżinsy i granatowy sweter. Na nogi wsunęła ciemne Timberlandy, a włosy związała w kłosa. Gotowa pomaszerowała do sali obrad, gdzie miało odbyć się spotkanie jej drużyny. Dzisiaj bowiem, po raz pierwszy stawali przed walką na śmierć i życie. W tym momencie nie chodziło o zabawę, czy wygraną, lecz o PRZETRFANIE ! Kimberly wiedziała, że będzie to trudne. Zwłaszcza, że Nicki i Sam na pewno jej nie odpuszczą, nie po wydarzeniach z wczoraj. To było chyba najgorsze. Była gotowa na śmierć, jednak czy aby na pewno? Czy jest to w ogóle możliwe, żeby przyswoić myśl o tym, że jutro może cię tutaj już nie być, że zostawisz tych wszystkich ludzi, którym chociaż trochę na tym zależy. W tym wypadku nie było ich dużo, jednak zawsze...
Crawford niechętnie weszła do pomieszczenia i doznała szoku. Nie było to miejsce, które zwiedziła rano, a powinno być. Christian, z którym podzieliła się swoimi odkryciami, powiedział jej, co nie co o tajemniczym pokoju. Okazało się, że każda drużyna ma taki. Jest dość skomplikowane, jednak kamery nie są ustawione przez opiekunów, lecz przez nastolatków. Pomagają im one poznać taktykę przeciwnika... Podobno nikt o tym nie wie, a każda drużyna, myśli, że to ona wpadła na tak genialny pomysł.
- Nate, ty zajmiesz się zwiadami... Musisz się dokładnie dowiedzieć, co planują. Normalnie użył bym kamer, ale nie obejmują one terenu ich obozowiska-westchną ich  doradca, włączając stół- Pójdziesz więc pod wodospad, a następnie skręcisz w lewo. Musisz być bardzo ostrożny, ale jestem pewien, że sobie poradzisz- poklepał go dla otuchy po plecach i uśmiechnął się ciepło
- Nie uważam, żeby był to najlepszy pomysł- wtrąciła sie brązowooka- Nie ma mowy, że wróci z tam tond żywy!- dodała stanowczo. Każdy patrzył na nią jak na wariatkę, która nie wierzy w swojego brata, jednak ta po prostu kontynuowała- Oni mają poustawiane kamery dookoła obozowiska, w zasięgu dwóch kilometrów... Nie da się przejść tam niezauważonym- rzuciła
- A skąd ty to niby wiesz ? Twój chłopak ci powiedział ? - zadrwiła Bley, uśmiechając się cierpko. Crawford, aż zacisnęła pięści, a jej oczy się zaszkliły. Szybko jednak przywołała się do porządku. Nie mogła dać jej satysfakcji, ani teraz, ani nigdy.
- Po pierwsze to nie jest mój chłopak, a po drugie to mówiłam: zwiedzałam- warknęła.
- Możesz trochę jaśniej?- poprosił Jack, uśmiechając się w jej stronę. Blondynka zdusiła w sobie chęć rzucenie się na niego i tylko delikatnie kiwnęła głowę. Nie mogła uwierzyć, jak ten facet ją onieśmiela. Jeszcze chwilę temu była gotowa wyrwać Nicki włosy, a teraz?  Jedyne o czym marzy to znalezienie się w ciepłych ramionach szatyna.
- Chwila! My chyba pomijamy najważniej część! Jak to Sam już nie jest twoim chłopakiem?!- pisnęła Alison, z niedowierzeniem spoglądając na przyjaciółkę. Przecież ona zaledwie wczoraj zawarła ten związek, a kilka godzin później już jest wolna! Kto tak robi? Zdawała sobie sprawę, że się pokłócili. Sytuacja na stołówce jasno o tym mówiła, ale żeby od razu kończyć związek?
- ALI!
- No więc tak w skrócie- westchnęła brązowooka, po kolei opowiadając wszystko co zapamiętała. Wiedziała, że nawet najmniejszy szczegół, może mieć znaczenia, dlatego starała się mówić najdokładniej jak umiała. W końcu chodziło tu o życie ludzi których kocha: Ali, Nate'a .... i JACK'A

Do waszego pocałunku już coraz bliżej... 
Szczerze, to już tuż tuż, jednak nie jestem pewna, czy będzie się on wam podobał!
Co do rozdziału to nie jestem z niego do końca zadowolona.
Jest nudny, jednak musiałam choćby troszkę ocieplić stosunki Jack'a i Kim
Kocham was
Emi <3


niedziela, 9 marca 2014

Chapter 10 { Never trust a stranger }

- To była najlepsza randka na jakiej byłam- przyznała Kimberly, kiedy Sam odprowadził ją pod drzwi pokoju. Nie kłamała, była to prawda... Chłopak naprawdę się napracowała. Przystroił polanę lampkami, zrobił ekran telewizora z kilku prześcieradeł, ugotował naprawdę pyszne jedzenie i zadbał, żeby klimat był odpowiedni. A na dodatek był tam cały czas z nią, skupiając się tylko na niej. Słuchał tego co mówiła i nie udawała kogoś innego. Za każdym razem wyrażał swoje zdanie, choćby nie zgadzał się z tym co ta mówi. Był szczery, troskliwy... Po prostu idealny. Cały czas mówiła jaka ta jest piękna, jaki jest szczęśliwy, że są razem, ile ta dla niego razem. Blondynka po prostu się rozpływała. Nie żałowała, że Dawn pocałował ja wtedy w lesie, że poszła z nim i zostawiła Jack'a. Teraz była pewna, że to był właściwy wybór... Nie oceniaj książki po okładce- to się tutaj idealnie sprawdza. Była ślepo zakochana w Jack'u, który w każdym swoim centymetrze wydawał się być warty tego uczucia, chociaż w rzeczywistości tak nie było. Za to Sam był miej śmiały i proszę... Okazał się idealny. Idealny dla niej- Dziękuje- szepnęła, przygryzając dolą wargę.
-  Cała przyjemność po mojej stronie- chłopak miał już dość gadania z tą mała lalunią. Nie dość, że cały wieczór nawijała mu o jakiś bezsensownych sprawach, o sobie i świecie, to na dodatek kazała mu jeszcze mówić o sobie. Brunet miał tego dość, jednak wiedział, że dopiął swego. Kim była w nim zakochana i wiedział, że zrobi dla niego wszystko, dlatego postanowił wprowadzić swój plan w życie. Zrobił krok do przodu i wpił się w jej usta, przygważdżając ją do drzwi. Brązowooka żarliwie oddała pocałunek, ujmując twarz chłopaka w swoje ręce, kiedy jego objęły jej szczupłą talię. Jej usta delikatnie się rozchyliły, dając mu zielone światło.  Już po chwili jego język penetrował jej podniebienie, sprawiając jej tym niewyobrażalną przyjemność.
Blondynka nawet nie zwracała uwagi gdzie się znajdują. Była po prostu szczęśliwa. Jednak kiedy ręce Dawn'a zaczęły wkradać się pod jej sukienkę postanowiła przerwać. Na początku po prostu je podniosła, nie chcąc kończyć tego momentu, ale on nie przestawał. Mimo że chciała zrobić to dla niego, nie mogła... Nie była gotowa. Nie była pewna swoich uczuć wobec niego i nie potrafiła zrobić tego z nim. Nie teraz, w tym momencie. Przecież oni znają się 5 minut, a on już chcę ja zaciągnąć do łóżka? Czy to jest miłość?
- Sam, przestań! Nie mogę!- zaprotestowała, odrywając się od niego i spoglądając w jego oczy. Ściągnęła jego ręce ze swojego ciała i ujęła w swoje dłonie- Nie jestem gotowa... Proszę daj mi trochę czasu- westchnęła, spoglądając na swoje buty. Wiedziała, że gdyby patrzyła na niego, rozpłakała by się. Nie dała by rady dłużej go okłamywać. Kiedy powiedział jej dzisiaj, ze ją kocha, nie wiedziała co zrobić. Była tylko jednak właściwa odpowiedź na to i te dwa słowa była dla niej już wystarczająco trudne.
- No dalej Kim. Będzie fajnie!- zachęcał ją, przyciągając ją do siebie, chcąc przekonać do swojego- Jesteś małą buntowniczką, pamiętasz? Nie boisz się niczego, ani nikogo!- szepnął, całując jej policzek po czym szyję. Crawford naprawdę się starała... Nie chciała go zawieść, stracić, jednak nie mogła. Nie dała rady.
- Nie!- krzyknęła, odpychając go z taką siła, że aż wylądował po drugiej ścianie korytarza- Nie prześpię się z tobą Sam! Zrozum to !- powiedziała, po czym obróciła się na pięcie z zamiarem wejścia do środka, jednak nie było jej to dane. Brunet owinął ręce wokół jej talii i przyciągnął do siebie.
- Zrobimy to, czy będziesz chciała czy nie... Mnie się nie odmawia- warknął wprost do jej ucha, wzmacniając uścisk, przez co siniaki na brzuchu dały o sobie znać. Ból, który przeszedł jej ciało, był wręcz nie do zniesienia.  Jakby Nicki ponownie ją kopała.
- NIE! ZOSTAW MNIE!!- wrzasnęła przerażona. Nie wiedziała jak taki słodki i przyjacielski chłopak, który w życiu by nikogo nie skrzywdził, mógł się zmienić w tego potwora co stoi obok niej. Mimo bólu brązowooka starała się wyrwać. Zaczęła ruszać się we wszystkie strony, motać się jakby była opętana, ale ciemnooki bez problemu ją zablokował i rzucił o ścianę. Rana na prawej ręce dała o sobie znać, przesyłając pulsujące cierpienie na cały obszar ramienia, a nawet dalej. Jej oczy zaszkliły się od łez, które powoli zaczęły się w nich gromadzić. Tego było już dla niej za wiele. Najpierw Jack, a teraz on... Jej chłopak! Znowu ktoś ją zawiódł. Pokazał, że nie warto kochać, ani być kochanym, bo jedyne do czego to prowadzi to ból i cierpienie.
- To teraz się zabawimy!- oznajmił, pocierając ręce, a w jego oczach, aż roiło się od iskierek zadowolenia z jej obecnego stanu. Pewnie podszedł w jej stronę i chwyciwszy zamek, od bordowej sukienki, zaczął go dobitnie powoli rozpinać. Kiedy ta tylko próbowała się ruszyć, dostała w brzuch.
- Proszę, Sam... Nie rób tego- wyłkała, spoglądając na jego pełną euforii twarz- PROSZĘ!!- pisnęła, jednak ten bezlitośnie zdarł z niej ubranie do połowy.


 Od głowy do pasa była praktycznie naga. Został jej tylko beżowy biustonosz, który zakrywał intymne części ciała. Brunet gwałtownie ją pocałował, nie dając nawet zaczerpnąć powietrza. Jego pocałunki były żarliwe, pełne agresji i złości, która go omotała. Kim nie chciała tak skończyć. Z całych sił, starała się odepchnąć nastolatka od siebie, jednak on był za silny. Mimo całych treningów nie miała z nim szans. Dawn wydawał się nawet nie czuć, jej małych piąstek, które bez przerwy uderzały o jego tors. On był w pełni formy, jeden z najlepszych zabójców, który jednym ruchem umie złamać człowiekowi kark, a ona? Mała, krucha, słaba dziewczyna z Seaford, która całe życie miała wszystko podsuwane pod nos. Nigdy nie musiała się o nic martwić, aż do teraz. Teraz kiedy jest wręcz pewne, że tu umrze.
Sam zjechał pocałunkami na jej szyję, pozostawiając po sobie purpurowe malinki. Kimberly czuła się jak wrak. Nie miała już siły walczyć i mimo, że ciągle to robiła, nie przynosiło to efektów. Nie uzyskała nawet małego piśnięcia, kiedy pociągnęła go za włosy, pokopała czy uderzyła w plecy, czy brzuch. Była bezsilna. Nie mogła nic poradzić, kiedy ten zaczął się do niej dobierać. Dotykać jej ciało i całować wzgórki piersi, żeby po chwili położyć na nich swoje ręce. Po jej policzkach łzy płynęły już strumieniami. Wiedziała do czego zmierza i chociaż, wcześniej miała jakąś nadzieje na ratunek, teraz wiedziała, że to już koniec. Zginie jako, wywłoka i dziwka...
- TY SKURWYSYNIE!!- nagle Sam, z niesamowitą prędkością oderwał się od brązowookiej, prawie zrywając stanik, który za sekundę by z niej zdarł. Dziewczyna w ostatku sił spojrzała na swojego wybawcę, którym okazał się być nikt inny, jak jej nowy wróg- Jack Brewer. Szatyn przygwoździł Dawn'a do ściany i zaczął zadawać cios za ciosem, raniąc chłopaka jak tylko umiał. Crawford wzdrygnęła się  już na sam dźwięk. Głośny oddech Jacka, ciche syki Sama i ten odgłos uderzenia, kiedy pięść brązowookiego lądowała na ciele drugiego.  Blondynka czuła się jakby dostała drugie życie. Myśl o tym co JEJ SAM, chciał zrobić, była wystarczająco straszna. Ona nie przeżyła by jeżeli, on dopiął by swego- sama by się zabiła- ZBLIŻ SIĘ DO NIEJ NA KILOMETR A CIĘ ZABIJĘ!!- warknął, wściekły do możliwości chłopak, cisnąc nieprzytomnym brunetem o betonową posadzkę- Kimi- szepnął, podchodząc do zdruzgotanej dziewczyny i podnosząc ją z ziemi. Nie mógł patrzeć na nią w takim stanie, jego serce wręcz pękało. Była to najgorsza tortura- Ciii.. Już wszystko dobrze- wymamrotał, otwierając kopniakiem drzwi i wchodząc do środka. Jej pokój wyglądał jakby przeszło w nim tornado, jednak ten udawał, że tego nie widzi. Powolnym krokiem podszedł do jej łóżka po czym, położył ją na nim. Zebrał z ziemi dwie pierwsze części garderoby po czym usiadł obok blondynki. Podniósł rękę i delikatnie dotknął jej ramienia, na którym widniał siniak. Momentalnie się wzdrygnął i przesunął ją na jej sukienkę. Crawford, aż podskoczyła ze strachu. Nie chciała, przeżywać tego jeszcze raz.
- Ciii... Chce tylko cie przebrać- powiedział, podnosząc przygotowane ubrania. Delikatnie zsunął z niej sukienkę. Musiał przyznać, że brązowooka, wygląda strasznie pociągająco w samej bieliźnie i nawet jej siniaki nie mogły tego zmienić. Nie chciał jednak jej przestraszyć, więc szybko założył jej beżowe spodenki, uważając przy tym by nie dotknąć, żadnej rany. Następnie pomógł jej z szarą bluzką. Bał się, że ją skrzywdzi, dlatego skoncentrował się jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Dziękuje- szepnęła Kim, spoglądając na niego oczami pełnymi bólu i strachu- Gdyby nie ty, on pewnie by...- nie dała rady dokończyć. Ponownie wybuchła płaczem, chowając głowę w dłoniach. W pewnym momencie poczuła to cudowne ciepło i ręce które ją obejmują. Bez zastanowienia oddała uścisk, jeszcze mocniej wtulając się w tors szatyna. W tym momencie nie myślała o jego słowach. O tym jak ją zranił. Była mu tak strasznie wdzięczna,  że nie potrafiła nawet tego opisać. To co zrobił było....
- Nie płacz- poprosił- Wszystko będzie dobrze- dodał, całując jej czoło i delikatnie gładząc włosy. Widok jej takiej cierpiącej, słabej, pozbawionej życia, był jak najgorszy koszmar. Ta sytuacja przerosła nawet go. Nie do końca wiedział jak ma się zachować, co zrobić, żeby poprawić jej humor, żeby ta się uśmiechnęła... Więc po prostu siedział obok , po prostu był. I to było najlepsze co mógł zrobić. Kimberly wiedziała, że w jego ramionach nic jej nie grozi. Choćby ziemia miała się zatrząść, ona będzie bezpieczna, z nim...
Brązowooka wzięła głęboki wdech wdychając cudowny zapach jaśminowego płynu do kąpieli i jego własną, oryginalną woń, przez którą zakręciło jej się w głowie. Oparła policzek o jego tors i wsłuchiwała się w miarowe bicie jego serca, które bardzo ją uspokajało. Oboje opadli na miękki materac, ciągle spoczywając w swoich objęciach. Crawford mogła beztrosko zamknąć oczy i oddać się przyjemności, jaką powodowały ręce Jack'a, jeżdżące po całym jej ciele z ogromną czułością. Każde jego muśnięcie było jak lek na jej duszę i serce.
- Przepraszam Jack... Powinnam cię posłuchać- szepnęła sennie, spoglądając na chłopaka, który wręcz niezauważalnie się uśmiechnął- Miałeś racje co do Sam'a, a ja głupia dałam się nabrać- przyznała się do błędu, powoli odpływając do krainy snów, której nie odwiedziła już od ponad dwóch dni. Może to właśnie dlatego? Dlatego, że nie było jego obok... Może on jej nie kocha, nawet nie lubi, ale ona go potrzebuje. Potrzebuje jak powietrza.
- Nie myśl już o tym- powiedział dobitnie, a za razem delikatnie. Jego dłonie gładziły jej plecy i bok, uważając by nie najechać na żadnego z siniaków, ukrytych pod warstwą ubrań- Ja też powinienem...- urwał, kiedy dostrzegł, że blondynka prawie zasnęła- Dobranoc- szepnął, całując jej czoło.


 Poczekał, aż jej powieki się zamknęły, po czym najciszej i najdelikatniej jak umiał, wyswobodził się z jej objęć.
- Nie idź- wymamrotała sennie- Proszę zostań ze mną... Nie chce być sama- poprosiła, tak cichym i słabym głosem, że serce chłopaka, aż się ścisnęło. Nawet on nie umiał patrzeć jak człowiek tak bardzo cierpi, nie roniąc ani jednej łzy. A już zdecydowanie nie mógł patrzeć na nią w takim stanie. Z powrotem zajął miejsce obok, pozwalając jej na nowo wtulić się w jego klatkę piersiową.
Minęło zaledwie kilka minut, a Crawford ponowne odpłynęła, pozostawiając Brewer'a samego ze swoimi myślami.

Mówią, że po nocy zawsze nadchodzi dzień, że po ciemności zawsze nadchodzi jasność.  Jednak czy tym razem też tak będzie? To jedno pytanie, bezustannie ciążyło w myślach szatyna, uniemożliwiając mu sen. Wiedział, że nie powinien zostawać z Kimberly, jednak kim by był, gdyby odszedł i zostawił ja samą, pogrążoną w smutku i rozpaczy? To proste: potworem, za którego ta go uważała. Ale czy na pewno?  Czy na pewno jeszcze tak było?

Muszę przyznać, że to chyba jeden z moich ulubionych rozdziałów... 
Pisała go się zadziwiająco łatwo :) 
Chcieliście Kicka, więc proszę...
Jak na razie tylko tyle mogę wam zaoferować, ale chyba lepsze to niż nic, prawda ?
Rozdział dedykuje Oli Lynch <3 
Kocham cię mała !
Emi

Obserwatorzy